Mam suchą cerę i od lat ten sam problem. Większość lekkich kremów koloryzujących wygląda dobrze tylko przez pierwszą godzinę, potem podkreślają skórki, wchodzą w załamania i odbierają twarzy świeżość. Dlatego zwykle podchodzę do viralowych hitów z dużą rezerwą. Tym razem było inaczej. Krem CC z Lirene wywołał tyle szumu, że sama chciałam sprawdzić, czy naprawdę działa tak dobrze, czy to tylko kolejny internetowy zachwyt, który znika po tygodniu.

Obeszłam trzy Rossmanny i w końcu go dorwałam. Już po pierwszej aplikacji wiedziałam, skąd ten cały viral

Nie przesadzę, jeśli powiem, że ten krem był ostatnio wykupowany błyskawicznie. W pierwszym Rossmannie półka była pusta. W drugim zobaczyłam tylko tester. Dopiero w trzecim sklepie znalazłam ostatnią sztukę i od razu wrzuciłam ją do koszyka. Cena też mnie zachęciła, bo 24,99 zł za produkt, o którym mówi pół internetu, wydawało się rozsądnym ryzykiem.

Zobacz także:

Już przy pierwszym użyciu zauważyłam coś ciekawego. Krem początkowo wygląda zaskakująco, ponieważ jest biały! Najpierw byłam bardzo sceptyczna, mam bladą cerę i bałam się, że krem zrobi się pomarańczowy, za ciemny. Podczas rozprowadzania pozytywnie się zaskoczyłam, krem po chwili od nałożenia zmienia się w delikatny podkład i naprawdę dopasowuje do skóry. Nie miałam efektu maski ani odcięcia przy szyi. To dla mnie ogromny plus, bo wiele kremów CC wygląda na mnie jeszcze ciężej niż podkład.

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak wykończenie. Nie było tłuste ani ciężkie. Skóra wyglądała świeżo, promiennie i jakby bardziej wypoczęta. Ten efekt tafli był widoczny, ale w taki elegancki sposób. Nie wyglądałam jak po nałożeniu rozświetlacza na całą twarz. Po prostu cera miała zdrowy blask.

Bardzo spodobało mi się też to, że produkt nie robi smug. Rozprowadzałam go palcami i dosłownie chwilę później wszystko wyglądało równo. Bez kombinowania z gąbeczkami i pędzlami. Przy porannym pośpiechu to dla mnie ogromna wygoda. Krem jest dość tłusty i gęsty, martwiłam się więc, że zapcha mi pory. Nic takiego się ni wydarzyło. Korzystam z niego już od kilku tygodni, a moja wrażliwa cera zareagowała na niego naprawdę dobrze. 

Glow i wygładzenie to dopiero początek. Największą różnicę zauważyłam kilka godzin później

Przy suchej cerze największy test zaczyna się po czasie. Wiele produktów wygląda dobrze zaraz po nałożeniu, ale po kilku godzinach zaczynają podkreślać wszystko, czego nie chcemy widzieć. Tutaj było odwrotnie.

Po kilku godzinach moja skóra nadal wyglądała świeżo. Nie miałam uczucia ściągnięcia. Nie pojawiły się suche miejsca przy nosie ani na brodzie, które zwykle zdradzają każdy podkład. To właśnie wtedy pomyślałam, że rozumiem ten cały internetowy zachwyt.

Mam wrażenie, że ten krem bardzo ładnie „zmiękcza” twarz. Nie zakrywa wszystkiego mocnym kryciem, ale sprawia, że skóra wygląda po prostu lepiej. Jak po dobrze przespanej nocy i porządnej pielęgnacji. Dla mnie to dużo lepszy efekt niż ciężki mat. Buzia wygląda lekko, wręcz nie widać, że jest na niej makijaż. Jeśli zależy ci na większym kryciu, możesz dołożyć dodatkową warstwę, natomiast jeśli zależy ci na delikatnym efekcie, postaw na jedną, tak jak ja.

fot. Materiały własne

Ogromny plus za to, że nie osiadał w zmarszczkach mimicznych. Przy lekkich produktach to wcale nie jest takie oczywiste. Tutaj twarz wygląda naturalnie nawet po całym dniu. Właśnie dlatego coraz częściej zamiast klasycznego podkładu sięgam teraz po ten krem CC.

Doczytałam też, że w składzie są błękitna alga i witamina E. I choć zwykle nie analizuję kosmetyków co do jednej substancji, tutaj naprawdę czuć, że formuła została pomyślana pod komfort skóry. Widać to też po ocenach, mimo że produkt jest na rynku dość krótko zbiera praktycznie same pozytywne opinie.

fot. Rossmann.pl

Nie daje efektu ciężkiego makijażu i właśnie za to go polubiłam. Sucha cera wygląda przy nim świeżo i naturalnie

Najbardziej lubię kosmetyki, które robią dają naturalny efekt, po którym buzia wygląda jakby nie było na niej makijażu.Ten kremik CC naprawdę sprawdził się pod tym względem, więc mogę z czystym sumieniem polecać go koleżankom. Nie przykrywa twarzy grubą warstwą. Nadal widać piegi i naturalną strukturę skóry, ale całość jest bardziej wygładzona i promienna.

To produkt, po który chętnie sięgam na co dzień. Do sklepu, do pracy, na szybkie wyjście. Wystarczy odrobina tuszu do rzęs i mam wrażenie, że wyglądam dużo bardziej świeżo. Bez ciężkiego makijażu i bez uczucia, że mam coś na twarzy.

To może cię zainteresować: Zajrzałam do niemieckiego Sinsay i byłam w szoku co wykupują. Migusiem do naszego i dorwałam taniutko

Myślę też, że wiele kobiet po 40. i 50. roku życia może go polubić właśnie za lekkość. Mocno matujące podkłady często dodają lat i podkreślają wszystko, czego wolimy nie eksponować. Tutaj efekt jest zupełnie inny. Skóra wygląda miękko, promiennie i bardziej naturalnie.

Czy to kosmetyk idealnyz Rossmanna? Nie powiedziałabym. Jeśli ktoś lubi bardzo mocne krycie, może czuć niedosyt. To bardziej produkt dla osób, które chcą wyrównać koloryt, dodać cerze świeżości i uzyskać efekt wypoczętej twarzy bez ciężkiego makijażu. Ja właśnie czegoś takiego szukałam. Jeśli robisz wieczorowy makijaż i zależy ci na mocniejszym kryciu, myślę, że lepiej sięgnąć po podkład lub do kremu CC dolożyć korektor i puder.

Jestem naprawdę miło zaskoczona, że internetowy viral stał sie moim ulubieńcem. Jeśli uda ci się go złapać w swoim lokalnym Rossmannie, koniecznie go wypróbuj.