Jesienią mam ochotę trochę inaczej urządzić sypialnię. Nie chodzi mi o przemalowywanie ścian ani wymianę mebli, bo na takie rewolucje szkoda mi czasu i pieniędzy. Zwykle zaczynam od tekstyliów. Grubsza pościel, miękkie poduszki, cieplejsze światło i porządna narzuta potrafią zmienić charakter całego pokoju. Szczególnie narzuta robi ogromną różnicę, bo zajmuje dużą powierzchnię i od razu przyciąga wzrok. Wystarczy rano przykryć nią łóżko i nawet zwykła sypialnia wygląda na bardziej uporządkowaną. W tym roku chciałam czegoś beżowego, grubego i mięsistego. Takiego, co nie wygląda jak cienki kawałek materiału rzucony na pościel.
Za podobny efekt w Westwing zapłaciłabym ponad 14 razy więcej. Dzięki Sinsay zostawię w portfelu prawie 670 zł
Moją uwagę najpierw przyciągnęła pikowana narzuta Cheryl z Westwing. Kremowy kolor, grubsza forma i charakterystyczne pikowanie wyglądają dokładnie tak, jak lubię. To jeden z tych dodatków, przy których od razu wyobrażam sobie duże łóżko, miękkie poduszki, lampkę z ciepłym światłem i spokojny wieczór z książką.
Zobacz także:
Problem pojawił się przy cenie. Model z Westwing kosztuje 719,90 zł. Nie twierdzę, że jest to zła cena za konkretny produkt, bo liczy się przecież materiał, wykonanie i rozmiar. Sama zaczęłam się jednak zastanawiać, czy naprawdę chcę przeznaczyć ponad 700 zł na narzutę, skoro najbardziej zależy mi na konkretnym efekcie wizualnym.
fot. westwing.pl
I wtedy znalazłam model z Sinsay za 49,99 zł. Różnica wynosi aż 669,91 zł. Narzuta z Westwing kosztuje więc ponad 14 razy tyle, ile model z Sinsay. Przy domowym budżecie to już nie jest różnica, którą mogę zignorować.
Od razu zaznaczę, że nie porównuję tych dwóch produktów jako identycznych odpowiedników. Model Westwing jest pikowaną narzutą z aksamitu i należy do zupełnie innej półki cenowej. Narzuta z Sinsay spodobała mi się dlatego, że wizualnie daje mi podobne wrażenie. Jest jasna, gruba, ma wyraźną fakturę i wygląda na łóżku bardzo przytulnie.
Model z Sinsay jest obecnie oznaczony jako bestseller. Ma ocenę 4,8 na 5 na podstawie 175 opinii, co przy tak niedrogim dodatku również zwróciło moją uwagę. Oczywiście sama wysoka ocena nie oznacza, że każdemu produkt będzie odpowiadał. Dla mnie jest jednak dodatkowym argumentem, żeby przyjrzeć mu się bliżej.
fot. sinsay.com
Narzuta z Sinsay jest gruba, ciężka i przyjemnie układa się na łóżku. Beżowy kolor daje efekt hotelowej sypialni
Najbardziej obawiałam się, że za 49,99 zł dostanę bardzo cienką narzutę, która na zdjęciu wygląda efektownie, a na żywo bardziej przypomina lekki koc. Tutaj właśnie zaskoczyła mnie jej grubość. Po złożeniu tworzy porządny, mięsisty stos materiału. Na łóżku nie wygląda płasko, bo faktura jest mocno widoczna. Narzuta ma też swój ciężar, dzięki czemu kojarzy mi się bardziej z porządną kapą niż z cienkim przykryciem na lato.
Do tego dochodzi kolor. Beż jest dla mnie jednym z najłatwiejszych odcieni do urządzenia sypialni, bo właściwie nie narzuca żadnego konkretnego stylu. Pasuje do bieli, drewna, brązu, szarości i czerni. Nie muszę więc kupować nowych poszewek czy zasłon tylko dlatego, że pojawiła się nowa narzuta.
U siebie zestawiłabym ją z białą albo kremową pościelą i kilkoma poduszkami w różnych odcieniach beżu. Nie przesadzałabym z liczbą dekoracji. Sama faktura materiału jest na tyle ciekawa, że łóżko nie potrzebuje już dodatkowych wzorów.
Jesienią mogę używać jej również jako dodatkowej warstwy podczas odpoczynku. Nie traktowałabym narzuty jako zamiennika kołdry, ale gruby materiał na łóżku sprawia, że całość wygląda znacznie bardziej otulająco. I dokładnie na takim efekcie zależało mi przed chłodniejszymi miesiącami.
Nie udaję, że oba modele są identyczne. Przy cenie 49,99 zł liczy się dla mnie efekt i codzienna wygoda
Przy porównaniach tańszych i droższych produktów łatwo pójść o krok za daleko. Nie będę więc przekonywać, że narzuta za niespełna 50 zł jest dokładnie tym samym co model za ponad 700 zł. Nie jest. Westwing oferuje inny produkt, z innym wykończeniem. Zobaczyłam droższą narzutę, spodobał mi się jej spokojny kolor, grubość oraz hotelowy charakter, a później znalazłam coś, co wizualnie daje mi podobną przyjemność za ułamek ceny. I tutaj oszczędność robi na mnie największe wrażenie. 669,91 zł różnicy mogę przeznaczyć na coś zupełnie innego.
Nie mam też poczucia, że tańsza narzuta wygląda nudno. Jej powierzchnia ma drobne pikowane detale, dzięki którym światło inaczej układa się na materiale. Z bliska widać fakturę, a z dalszej odległości łóżko wygląda miękko i uporządkowanie.
Podoba mi się również to, że nie jest to mocno sezonowy produkt. Beżowa narzuta z Sinsay nie ma jesiennych liści, świątecznych wzorów ani żadnych napisów. W październiku zestawię ją z brązami i grubym kocem, zimą z kremowymi poduszkami, a wiosną spokojnie zostawię ją na łóżku w jaśniejszej aranżacji.
Warto również sprawdzić: Wreszcie znalazłam duży obrus na stół. Ten z Jysk jest odporny na plamy i nie gniecie się jak lniany
Takie zakupy uważam za znacznie rozsądniejsze niż dekoracje, które po dwóch miesiącach lądują w szafie. Skoro za 49,99 zł mogę odmienić największy mebel w sypialni i korzystać z tego efektu przez cały rok, zdecydowanie bardziej przemawia to do mnie niż kolejny drobiazg ustawiony na komodzie.
Ja swój dylemat już rozwiązałam. Zamiast wydawać prawie 720 zł tylko po to, żeby osiągnąć konkretny efekt w sypialni, zaczęłabym od modelu za 49,99 zł. Różnica w cenie jest ogromna, a moje łóżko i tak wygląda dzięki takiej grubej, beżowej narzucie dokładnie tak, jak chciałam: miękko, spokojnie i bardzo przytulnie.
Obserwuj nas na Google







