Październik zawsze przypomina mi, jak bardzo przyzwyczajam się do długich dni latem. Obecnie wracam do domu, robię obiad, krzątam się po kuchni i nagle orientuję się, że za oknem jest już szaro. Wtedy zapalam lampę w salonie, chwilę później światło w kuchni, łazience i przedpokoju. W końcu nie zamierzam siedzieć w ciemności. Szybko zauważyłam, że w związku ze zmianą pory roku, rachunki za prąd szybują w górę z miesiąca na miesiąc. Właśnie dlatego postanowiłam zmienić 1 małą rzecz, by oszczędzić.

Jesienią i zimą lampy pracują u mnie znacznie dłużej niż latem. Przy kilku żarówkach dodatkowe godziny świecenia mogą odbić się na rachunkach

Latem niemal nie zastanawiam się nad oświetleniem. Naturalne światło wpada do mieszkania przez sporą część dnia, dlatego lampy włączam dopiero wieczorem. Jesienią sytuacja zmienia się bardzo szybko. Już późnym popołudniem robi się ciemno i światło zaczynam zapalać około godziny 16.

Zobacz także:

Najbardziej widzę to w salonie i kuchni. To właśnie tam spędzam większość popołudnia i wieczoru, więc lampy potrafią działać przez kilka godzin bez przerwy. Do tego dochodzi łazienka, przedpokój i sypialnia. Jedna żarówka nie wydaje się wielkim wydatkiem, ale gdy policzę wszystkie punkty świetlne w mieszkaniu, robi się z tego całkiem pokaźna liczba.

Właśnie dlatego przed sezonem jesiennym postanowiłam przyjrzeć się temu, jakie żarówki właściwie mam w lampach. I wtedy zorientowałam się, że największe znaczenie w tym przypadku ma pobór mocy.

Zamiast ograniczać korzystanie ze światła wymieniłam stare żarówki na LED. Przy wielu lampach taka zmiana może przynieść zauważalną oszczędność

Według wyliczenia, które porównuje tradycyjną żarówkę 60 W z LED 8 W, przy tym samym założonym czasie pracy różnica w rocznym zużyciu energii jest ogromna. Pierwsza ma zużywać 87,6 kWh rocznie, natomiast LED tylko 11,68 kWh. Wymiana była więc konieczna. Tam, gdzie miałam jeszcze tradycyjne, bardziej energochłonne źródła światła, zaczęłam wymieniać je na LED. Nie robiłam wielkiej rewolucji w jeden dzień. Najpierw zajęłam się lampami, których używam najczęściej.

fot. Marcin Łazarczyk/Adobe Stock

Z przedstawionego porównania wynika, że tradycyjna żarówka 60 W przy przyjętym sposobie użytkowania może kosztować około 110 zł rocznie (w zależności od aktualnej taryfy). W przypadku żarówki LED 8 W wyliczony koszt wynosi około 14,60 zł. Różnica na jednej sztuce to zatem prawie 95 zł rocznie. Przy dziesięciu takich punktach świetlnych wyliczenie pokazuje już około 950 zł różnicy rocznie. Przy krótkich jesienno-zimowych dniach to właśnie takie niewielkie zmiany najbardziej mi odpowiadają, bo oszczędzam energię bez siedzenia po ciemku.

Przy zakupie żarówki LED nie patrzę wyłącznie na liczbę watów. Sprawdzam jasność, barwę światła i dopasowanie do konkretnej lampy

Kiedyś przy zakupie żarówki do mieszkania odruchowo patrzyłam przede wszystkim na moc. Przy LED warto jednak zwrócić uwagę także na jasność podawaną w lumenach. To ona mówi mi więcej o tym, jak dużo światła otrzymam. Dzięki temu nie kupuję przypadkiem energooszczędnej żarówki, która później okazuje się zbyt słaba do danego pomieszczenia.

Druga rzecz to barwa światła. W salonie i sypialni wolę ciepłe światło, bo wieczorem daje mi przyjemniejszy efekt. W miejscach, gdzie potrzebuję lepszej widoczności podczas wykonywania konkretnych czynności, mogę zdecydować się na bardziej neutralną barwę.

To również może cię zainteresować: „Co ty robisz z tymi firankami?” - w końcu zapytałam sąsiadkę. Zdradziła mi tani patent, który robi je „na bóstwo”. Biel aż razi

Sprawdzam oczywiście również rodzaj trzonka. Żarówka musi pasować do konkretnej oprawy. Patrzę też na jej rozmiar, szczególnie przy niewielkich kloszach, bo nawet odpowiedni gwint nie pomoże, gdy sama bańka nie zmieści się w lampie.