Kiedy jesienią przychodzą pierwsze chłody, od razu zaczynam zwracać uwagę na temperaturę w mieszkaniu. Wystarczy usiąść bliżej okna, żeby poczuć różnicę, szczególnie rano i wieczorem, kiedy szyby są zimne, a na zewnątrz wieje wiatr. Pierwszą myślą jest wtedy zwiększenie ogrzewanie, ale ja bronię się przed tym, jak mogę. Rachunki i tak są już dość wysokie. Właśnie dlatego najpierw sprawdzam, czy mogę poprawić komfort domowymi sposobami. Przeglądając takie sprytne triki w internecie, wpadłam na pomysł z wykorzystaniem czegoś, co po jakimś czasie i tak większość osób wyrzuca. Odkąd go stosuję, ciepło nie ucieka mi z mieszkania, a ja oszczędzam.
Zimne parapety potrafią uprzykrzyć jesienne wieczory. Najpierw warto sprawdzić, skąd bierze się chłód
Przez długi czas byłam przekonana, że skoro kaloryfer grzeje, to w całym pokoju powinno być równie ciepło. Tymczasem w pobliżu okien często odczuwamy niższą temperaturę. Szczególnie wyraźnie widać to w starszych mieszkaniach, gdzie stolarka okienna nie jest już w idealnym stanie.
Zobacz także:
Zimą szyby i ramy mogą być znacznie chłodniejsze niż ściany. Powietrze znajdujące się przy zimnej powierzchni ochładza się i opada w dół. W efekcie w okolicy parapetu można odczuwać nieprzyjemny chłód, nawet jeśli termometr ustawiony w głębi pokoju pokazuje całkiem komfortową temperaturę. Wtedy samo zwiększanie ogrzewania nie zawsze rozwiązuje problem. Ciepło nadal ucieka, a rachunki mogą rosnąć.
Właśnie dlatego jesienią zaczynam od dokładnego obejrzenia okien. Sprawdzam, czy uszczelki nie są popękane, czy skrzydła dobrze przylegają i czy przy zamkniętym oknie nie czuć wyraźnego przeciągu. Zwracam też uwagę na miejsca, w których rama łączy się ze ścianą. Gdy wszystko jest w porządku, wtedy „uruchamiam” swojego corocznego asa w rękawie.
Nie wyrzucam starych dywaników, poszewek i pledów. Na parapecie wyglądają ładniej niż ręczniki, a równie dobrze izolują
Na taki domowy sposób na zatrzymanie ciepła w mieszkaniu wpadłam dzięki mojej babci. Pamiętam, że jesienią i zimą zawsze kładła na parapecie grube ręczniki, bo mówiła, że świetnie sprawdzają się w roli izolatora. Ja postanowiłam pójść o krok dalej i zamiast ręczników wykorzystałam nieużywane już przeze mnie dywaniki z długim włosiem, pluszowe poszewki na poduszki oraz pledy.
fot. archiwum prywatne/Story.pl
Zamiast je wyrzucać, odkładam je na jesień i zimę. Kiedy zaczynają się chłodniejsze dni, piorę je, dokładnie suszę i wykorzystuję jako miękkie nakładki na parapety. Najlepiej sprawdzają mi się niewielkie modele. Nie muszą być nowe. Ważne, żeby były czyste i dobrze mieściły się na powierzchni parapetu.
Zaczynam od prania zgodnie z zaleceniami na metce. Po wypraniu zostawiam dywanik, poszewkę lub pled do całkowitego wyschnięcia. To bardzo ważne, ponieważ nie chciałabym położyć wilgotnej tkaniny bezpośrednio przy oknie. Jesienią na szybach i tak może pojawiać się para wodna, a dodatkowa wilgoć sprzyjałaby powstawaniu nieprzyjemnego zapachu i pleśni.
Kiedy materiał jest już suchy, dokładnie odkurzam parapet i przecieram go ściereczką. Dopiero potem rozkładam. Staram się, żeby leżał płasko i nie wystawał daleko poza krawędź. Dzięki temu wygląda schludnie i nie przeszkadza podczas otwierania okna. Dzięki takiemu rozwiązaniu mam cieplej bez podkręcania kaloryfera, a parapet od razu wygląda przytulniej.
Przytulne mieszkanie nie musi oznaczać wyższych rachunków za ogrzewanie. Kilka codziennych nawyków pomaga lepiej wykorzystać ciepło
Mój sposób z wykorzystaniem starych tekstyliów stosuję co roku, ale nie jest jedyną kwestią, na którą zwracam uwagę w sezonie grzewczym. Moim zdaniem bardzo ważne jest także ustawienie mebli. Duża kanapa dosunięta bezpośrednio do kaloryfera utrudnia przepływ ciepłego powietrza. Podobnie działają ciężkie zasłony, które całkowicie zasłaniają grzejnik. Właśnie dlatego staram się zostawiać wokół niego odpowiednią przestrzeń.
Przy okazji jesiennych porządków ważne jest także dokładnie wyczyszczenie grzejników. Kurz zbiera się nie tylko na ich powierzchni, ale również między żeberkami i w trudno dostępnych miejscach. Wówczas wystarczy odkurzacz z wąską końcówką albo odpowiednia szczotka, żeby usunąć nagromadzone zabrudzenia. Robię to przy wyłączonym i wystudzonym kaloryferze. Nie zajmuje mi to dużo czasu, a przynajmniej mam pewność, że grzejnik nie jest oblepiony kurzem i działa efektywnie.
To również może cię zainteresować: Modna roślina z Finlandii zmienia łazienkę w luksusowe SPA. Do tego chłonie wilgoć i nie wymaga podlewania, warta każdej złotówki
Zauważyłam też, że ogromne znaczenie ma to, jak korzystamy z poszczególnych pomieszczeń. W salonie, gdzie spędzam wieczory, lubię mieć przyjemnie ciepło. Nie potrzebuję jednak identycznej temperatury w każdym zakątku mieszkania. W sypialni wolę nieco chłodniejsze powietrze, bo wtedy lepiej mi się śpi. Staram się więc dostosowywać ogrzewanie do rzeczywistych potrzeb, zamiast ustawiać wszystkie grzejniki tak samo.

Obserwuj nas na Google







