Grabienie liści ma w sobie coś przyjemnego tylko przez pierwsze kilkanaście minut. Potem opadłe liście zaczynają drażnić, sterta rośnie, worków zaczyna brakować, a ja zastanawiam się, po co właściwie przenoszę z jednego miejsca na drugie coś, co za chwilę i tak się rozłoży. Szczególnie jesienią, kiedy pracy w ogrodzie jest wystarczająco dużo. Trzeba przygotować rośliny na chłód, uporządkować rabaty i wykorzystać ostatnie cieplejsze dni. Dlatego sposób, który pozwala ograniczyć część tej pracy, od razu zwrócił moją uwagę.
Francuzi nie traktują opadłych liści jak zwykłych śmieci. Zostawiają je w ogrodzie i wykorzystują bez wydawania pieniędzy
We Francji coraz częściej szuka się sposobów na ponowne wykorzystanie opadłych liści zamiast traktowania ich wyłącznie jak odpadu. Jedną z najprostszych metod jest pozostawienie ich w ogrodzie i wykorzystanie jako naturalnej ściółki. Nadmiar może natomiast trafić do przydomowego kompostownika albo specjalnych worków, gdzie z czasem zmienia się w próchniczną ziemię. Takie rozwiązania są zgodne z rekomendacjami francuskiej agencji środowiskowej.
Zobacz także:
Ten pomysł najbardziej podoba mi się z bardzo praktycznego powodu. Materiał mam już pod nogami i nic za niego nie płacę. Zamiast wynosić wszystko z ogrodu, część mogę przenieść pod krzewy, drzewa albo na rabaty. Warstwa liści pomaga osłonić podłoże i korzenie roślin przed zimnem. Jesienią pełni więc funkcję podobną do kupowanej ściółki. Z czasem materiał organiczny zaczyna się rozkładać i wraca do gleby. Nie oznacza to, że przestaję sprzątać ogród i zostawiam grubą warstwę mokrych liści wszędzie, gdzie popadnie. Chodzi raczej o zmianę myślenia. Zamiast automatycznie pakować całość do worka, najpierw sprawdzam, gdzie mogę wykorzystać to, co już mam.
fot. Adobe Stock | juanitach
Na trawniku nie zawsze trzeba sięgać po grabie. Francuzi traktują opadłe liście kosiarką
To rozwiązanie spodobało mi się jeszcze bardziej, bo pozwala ominąć najbardziej monotonną część jesiennych porządków. Francuzi zamiast zbierać wszystkie liście z trawnika, rozdrabniają je kosiarką. Drobniejsze fragmenty pozostają na murawie, stopniowo się rozkładają i naturalnie dostarczają jej materii organicznej. Różnica jest spora. Duży liść znika znacznie wolniej, natomiast rozdrobniony materiał szybciej wtapia się w trawnik. Nie muszę później przenosić ogromnej sterty ani zastanawiać się, gdzie ją zmieścić.
Szukasz ciekawych porad ogrodniczych? To też warto sprawdzić: Bez koszenia, drogiego podlewania i nawożenia. Ta roślina tworzy zielony dywan jak trawnik. Sadzę w październiku
To także dobry przykład na to, że jesienne porządki nie zawsze muszą oznaczać idealnie wyczyszczony ogród. Przez lata przyzwyczailiśmy się, że po grabieniu ziemia i trawnik powinny zostać zupełnie puste. Tymczasem część materiału roślinnego może pozostać na miejscu i wejść w naturalny obieg. Gdy liści jest jednak zdecydowanie za dużo, Francuzi korzystają również z lokalnych zbiórek bioodpadów. Pakują nadmiar do przeznaczonych do tego worków i oddają zgodnie z miejscowymi zasadami. Nie chodzi więc o to, żeby za wszelką cenę zatrzymać w ogrodzie każdą stertę. Najpierw wykorzystujemy tyle, ile rzeczywiście nam się przyda, a dopiero później pozbywamy się reszty.
Zamiast kupować materiał do ściółkowania, wykorzystuję to, co spadło z drzew. Rabaty i krzewy dostają naturalną osłonę
Najprostsze zastosowanie liści widzę na rabatach. Rozłożone wokół roślin tworzą warstwę osłaniającą podłoże przed chłodem. Można wykorzystać je także wokół krzewów i drzew. Dla mnie to jedna z tych ogrodowych metod, które mają sens właśnie dlatego, że nie wymagają dodatkowych zakupów. Jesienią bez problemu wydaję pieniądze na kolejne worki ziemi, korę, nawozy i materiały zabezpieczające. Tymczasem część potrzebnej materii organicznej sama spada z drzew.
Drugim sposobem jest kompost. Liście, których nie potrzebuję do ściółkowania, mogą trafić właśnie tam. Po rozłożeniu stają się naturalnym materiałem, który później wraca do ogrodu. To rozwiązanie wymaga cierpliwości, ale podoba mi się znacznie bardziej niż wyrzucenie wszystkiego. Jesienna sterta przestaje być problemem, a staje się czymś, co wykorzystam w kolejnym sezonie. Oczywiście nadal zostaje trochę pracy. Liście trzeba przenieść w odpowiednie miejsce, a ogród uporządkować tam, gdzie ich nadmiar przeszkadza. Zmienia się jednak cel grabienia. Nie sprzątam po to, żeby jak najszybciej pozbyć się materiału z działki. Zbieram go po to, żeby wykorzystać go tam, gdzie będzie najbardziej przydatny.
Palenie liści nie jest dobrym skrótem podczas jesiennych porządków. We Francji za takie pozbywanie się odpadów grożą wysokie kary
We Francji samodzielne spalanie odpadów zielonych, w tym opadłych liści, jest zabronione. Kary wynoszą od 450 do nawet 750 euro. Dlatego ponowne wykorzystanie liści w ogrodzie ma tam również bardzo praktyczny wymiar. W Polsce również nie powinnam traktować sterty liści jak materiału na jesienne ognisko. Przepisy przewidują kary za nielegalne rozniecanie ognia i spalanie pozostałości roślinnych. Liście można natomiast kompostować, wykorzystać do ściółkowania albo przekazać jako bioodpady zgodnie z lokalnymi zasadami.
I właśnie dlatego francuskie podejście wydaje mi się tak rozsądne. Zanim wypełnię kolejny worek, patrzę na liście jak na darmowy materiał ogrodniczy. Część trafia pod rośliny, część może zostać rozdrobniona, a nadmiar wykorzystuję do kompostowania. Nie potrzebuję do tego specjalnego środka ze sklepu ani skomplikowanej ogrodniczej sztuczki. Wystarczy wykorzystać to, co każdej jesieni dosłownie spada mi pod nogi. Mniej wynoszenia, mniej worków i więcej materii organicznej pozostającej w ogrodzie. To jeden z tych sposobów za 0 zł, które warto znać, zanim rozpocznie się wielkie jesienne grabienie.

Obserwuj nas na Google







