Jesienią zawsze mam ten sam dylemat. Z jednej strony lubię wracać do przyjemnie ciepłego mieszkania, z drugiej coraz uważniej przyglądam się kosztom ogrzewania. Nie chcę płacić więcej, niż muszę, ale nie zamierzam też rezygnować z komfortu. Przez lata ustawiałam grzejniki niemal na wyczucie. Kiedy robiło mi się gorąco, przykręcałam pokrętło, a kiedy chłodno, odkręcałam je mocniej. Dopiero później zrozumiałam, że dużo rozsądniej jest dopasować temperaturę do rytmu dnia. Kluczowa okazała się „zasada 3 stopni”.
Rachunki za ogrzewanie potrafią zaskoczyć nawet w niewielkim mieszkaniu. Najwięcej zmieniłam, gdy przestałam grzać wszystkie pokoje jednakowo
Dawniej miałam jeden prosty sposób na ogrzewanie. Ustawiałam kaloryfery tak, żeby w całym mieszkaniu było ciepło, i właściwie nie zwracałam na nie uwagi. Nieważne, czy siedziałam w salonie, spałam, czy wychodziłam na kilka godzin. Temperatura pozostawała podobna. Dopiero z czasem zaczęłam się zastanawiać, po co utrzymywać taki sam poziom ciepła w pomieszczeniach, z których akurat nie korzystam.
Zobacz także:
Najpierw przyjrzałam się temu, jak naprawdę wygląda mój dzień. Rano przygotowuję śniadanie, później przez kilka godzin nie ma mnie w domu, a wieczorem najczęściej odpoczywam w jednym pokoju. W nocy natomiast zależy mi na komfortowym śnie, a nie na temperaturze przypominającej środek lata.
Zrozumiałam, że komfort cieplny nie oznacza utrzymywania 23 stopni przez całą dobę. Wiele osób dobrze czuje się w salonie przy około 20 lub 21 stopniach, a w sypialni w nieco niższej temperaturze. Oczywiście nie jest to sztywna zasada. Osoby starsze, małe dzieci i domownicy z problemami zdrowotnymi mogą potrzebować cieplejszych warunków.
Zaczęłam również zwracać uwagę na termometr pokojowy. Wcześniej oceniałam temperaturę wyłącznie po tym, czy jest mi ciepło. Tymczasem odczucia potrafią się zmieniać. Po powrocie ze spaceru nawet 19 stopni może wydawać się przyjemne, a po dłuższym siedzeniu bez ruchu ta sama temperatura bywa zbyt niska. Niewielki termometr pomógł mi więc zorientować się, jak szybko mieszkanie traci ciepło.
Największą zmianą było jednak wprowadzenie „zasady trzech stopni”. Spodobała mi się, ponieważ jest prosta do zapamiętania. Trzeba tylko wiedzieć, jak ją stosować, żeby nie przesadzić z wychładzaniem mieszkania.
„Zasada 3 stopni” polega na obniżaniu temperatury podczas snu i nieobecności. Kaloryferów nie zakręcam całkowicie, bo dom nie powinien się wychładzać
Zasada 3 stopni polega na tym, żeby na czas dłuższej nieobecności lub nocnego odpoczynku obniżyć temperaturę w pomieszczeniu o około 3°C względem zwykłego ustawienia. Nie chodzi o całkowite wyłączenie ogrzewania, lecz o ograniczenie niepotrzebnego zużycia ciepła wtedy, gdy nie potrzebujemy tak wysokiej temperatury.
Przykład jest bardzo prosty. Jeżeli wieczorem w salonie utrzymuję 21°C, przed wyjściem do pracy mogę ustawić termostat na około 18°C. Gdy wracam, przywracam wcześniejszą temperaturę. Dzięki temu przez kilka godzin mieszkanie nie jest ogrzewane do takiego samego poziomu jak wtedy, gdy w nim przebywam.
fot. Robert Petrovic/Adobe Stock
Podobnie postępuję przed snem. W pokoju, w którym wieczorem mam 21°C, mogę obniżyć ustawienie do około 18°C, o ile taka temperatura jest dla mnie komfortowa. Rano ponownie dostosowuję ogrzewanie do potrzeb domowników. W słabo ocieplonym domu, przy dużych mrozach albo przy krótkiej nieobecności lepiej może sprawdzić się mniejsza zmiana, na przykład o 1 lub 2 stopnie.
Najważniejsze jest jednak to, żeby podczas codziennego wychodzenia z domu nie zakręcać kaloryferów całkowicie. Mocne wychłodzenie pomieszczeń może obniżyć komfort po powrocie, a zimne powierzchnie ścian i okien mogą sprzyjać skraplaniu wilgoci.
A co z oszczędnościami? Obniżenie temperatury zmniejsza straty ciepła budynku. W praktyce ogranicza to zapotrzebowanie na ogrzewanie. Ważne jest również to, że po powrocie do domu nie trzeba ustawiać głowicy na najwyższą wartość. Termostat nie działa jak pedał gazu. Ustawienie 5 zamiast 3 zwykle nie sprawi, że kaloryfer szybciej ogrzeje pomieszczenie do 20°C. Może natomiast doprowadzić do przegrzania pokoju i większych opłat.
Niższe rachunki za ogrzewanie zależą nie tylko od ustawienia termostatu. Te proste sposoby pomagają zatrzymać ciepło w mieszkaniu
Samo przykręcanie kaloryferów nie wystarczy, jeśli jednocześnie pozwalamy ciepłu niepotrzebnie uciekać. Właśnie dlatego zaczęłam zwracać uwagę na kilka rzeczy, które wcześniej zupełnie ignorowałam. Pierwsza to niezasłanianie grzejników meblami i grubymi zasłonami. Dawniej miałam w salonie długą zasłonę opadającą niemal na kaloryfer. Wyglądała ładnie, ale utrudniała swobodny przepływ ciepłego powietrza. Teraz pilnuję, żeby grzejnik nie był szczelnie przykryty.
Kolejna sprawa to wietrzenie mieszkania. Jesienią i zimą nie rezygnuję z niego, ale staram się robić to rozsądnie. Zamiast przez długi czas trzymać uchylone okno, wolę krótko i intensywnie przewietrzyć pomieszczenie. Podczas takiego wietrzenia przykręcam głowicę termostatyczną, żeby zimne powietrze wpadające przez okno nie powodowało niepotrzebnego otwierania zaworu grzejnika. Po zamknięciu okna wracam do zwykłego ustawienia.
Ważną rzeczą jest też sprawdzenie uszczelek w oknach i drzwiach. Nie trzeba od razu wymieniać całej stolarki. Czasami problemem jest zużyta uszczelka albo źle wyregulowane okno, przez które wyraźnie wieje. Jeżeli przy zamkniętym oknie czuję silny przeciąg, staram się znaleźć jego źródło. W przypadku nieszczelności warto skonsultować naprawę lub regulację. Trzeba jednak odróżnić przypadkowe nieszczelności od nawiewników, które są elementem prawidłowej wentylacji.
To również może cię zainteresować: Tapicerowane krzesła błagały już o pranie. Nałożyłam pianę za kilka gr i tłuste ślady zeszły w mniej niż minutę
Duże znaczenie ma również odpowietrzenie grzejników. Kiedy kaloryfer grzeje nierównomiernie, a w instalacji słychać bulgotanie, przyczyną może być powietrze. Nie oznacza to, że każdy chłodniejszy fragment grzejnika świadczy o awarii, ale niepokojące objawy warto sprawdzić.

Obserwuj nas na Google







