Zapach sosnowego lasu należy do tych, które od razu rozpoznaję. Jest świeży, żywiczny i zupełnie inny niż aromaty zamknięte w butelkach stojących na sklepowych półkach. Ostatnio spojrzałam więc na zielone igły trochę inaczej. Zamiast traktować je wyłącznie jako część leśnego krajobrazu, zabrałam niewielką ilość do domu. Okazuje się, że po odpowiednim przygotowaniu można zrobić z nich prostą mieszankę przydatną podczas porządków. Nie jest to płyn do wszystkiego, ale w kilku miejscach znajduje praktyczne zastosowanie.
Z lasu przynoszę tylko świeże i zielone igły sosny. Brązowe zostawiam tam, gdzie leżą
Cały patent zaczyna się jeszcze podczas jesiennego spaceru. Do przygotowania domowego płynu z igieł sosnowych potrzebne są świeże, zielone igły, które zachowały charakterystyczny zapach. Suche i brązowe nie są tutaj potrzebne. Trzeba też upewnić się, że w miejscu, w którym spacerujemy, wolno je zbierać. Po powrocie do domu nie wrzucam ich od razu do słoika. Najpierw dokładnie płuczę pod bieżącą wodą. Pomiędzy igłami mogą przecież zostać drobinki ziemi, kurz czy niewielkie owady. Później rozkładam wszystko na czystym ręczniku i zostawiam do wyschnięcia. Dopiero wtedy zabieram się za przygotowanie mieszanki.
Zobacz także:
Podoba mi się w tym sposobie to, że nie potrzebuję całej torby leśnych skarbów. Zbieram tylko tyle, ile rzeczywiście wykorzystuję. Spacer pozostaje spacerem, a kilka zielonych gałązek czy igieł zabieram przy okazji. Nie oczekuję też od sosny cudownych właściwości czyszczących. Podstawą preparatu jest ocet. Igły są dodatkiem, dzięki któremu mieszanka zyskuje sosnowy charakter. To ważne, bo łatwo przedstawić podobny domowy patent jako magiczny środek na każdy brud. Tymczasem jego zastosowanie jest znacznie bardziej konkretne.
fot. Adobe Stock | Mark Ross
Suche igły trafiają do słoika, a potem zalewam je białym octem. Teraz potrzebuję już głównie dwóch tygodni cierpliwości
Kiedy igły są czyste i suche, wkładam je do słoika, ale nie upycham po sam brzeg. Zostawiam trochę wolnej przestrzeni. Następnie wlewam biały ocet tak, aby przykrył zawartość. Pozostałe miejsce można uzupełnić niewielką ilością wody. Słoik szczelnie zakręcam, kilka razy nim potrząsam i odstawiam w chłodne, ciemne miejsce. I tutaj właściwie kończy się moja praca. Mieszanka stoi około dwóch tygodni. Nie trzeba codziennie przy niej kombinować ani dodawać kolejnych składników. Po tym czasie przecedzam zawartość przez sitko albo gęstą tkaninę. Igły nie są już potrzebne, a sosnowy ocet przelewam do butelki z atomizerem.
Chcesz więcej patentów do domu? To także warto sprawdzić: Zamiast kolejny raz przecierać mokry parapet, postawiłam na nim małą miseczkę. W środku tylko 1 produkt z kuchennej szafki
Lubię ten moment, bo zwykły słoik stojący gdzieś z boku wreszcie zamienia się w coś, co faktycznie wykorzystuję przy porządkach. Sosnowy aromat jest dla mnie znacznie przyjemniejszym skojarzeniem niż sam zapach octu. Jest jeszcze możliwość dodania kilku kropli naturalnego olejku sosnowego, gdy zależy nam na mocniejszym aromacie. Nie jest to jednak obowiązkowy element receptury. Najpierw sprawdzam wersję podstawową i dopiero później decyduję, czy w ogóle potrzebuję czegoś więcej.
Gotowy sosnowy płyn przelewam do atomizera i zaczynam sprzątanie. Nie używam go jednak bez zastanowienia na każdej powierzchni
Butelka z atomizerem bardzo ułatwia mi korzystanie z domowych mieszanek. Nie muszę wylewać preparatu bezpośrednio z dużego słoika, łatwiej też kontroluję jego ilość. Domowy płyn można stosować między innymi na wybranych blatach, płytkach oraz podłogach, ale jest jeden ważny warunek. Materiał musi być odporny na działanie octu. Dlatego zanim zabiorę się za większą powierzchnię, robię prostą próbę w mało widocznym miejscu. Szczególnie wtedy, gdy nie jestem pewna, z czego dokładnie wykonano blat albo czym została zabezpieczona podłoga. Kilka minut ostrożności oszczędza później sporo nerwów.
I właśnie tutaj pojawia się największe ograniczenie tego domowego sposobu. Płynu z igieł sosnowych i octu nie używam do marmuru ani granitu. Kwaśny preparat może uszkodzić powierzchnię naturalnego kamienia. To nie jest więc uniwersalny środek, którym bez zastanowienia spryskuję wszystko od kuchni po łazienkę. Wolę mieć jeden domowy preparat do kilku odpowiednich zastosowań niż ryzykować zniszczenie kosztownego blatu. Ocet pozostaje octem, nawet gdy pachnie przyjemniej i stoi w ładnej butelce z atomizerem.

Obserwuj nas na Google







