Jesienią najbardziej lubię te wieczory, kiedy mogę usiąść z herbatą i książką, otulić się kocem i po prostu odpocząć. Nie wyobrażam sobie jednak siedzenia w zimnym salonie tylko dlatego, że chcę zaoszczędzić na rachunkach. Z drugiej strony coraz częściej zastanawiam się, czy naprawdę potrzebuję takiej samej temperatury w całym mieszkaniu.

Przecież nie we wszystkich pokojach spędzamy tyle samo czasu. W salonie potrafimy przesiedzieć kilka godzin, do sypialni zaglądamy głównie wieczorem, a przez korytarz tylko przechodzimy. Mimo to wiele osób ustawia wszystkie kaloryfery podobnie. Sama zaczęłam zwracać na to większą uwagę, bo rozsądne ogrzewanie nie musi oznaczać marznięcia. Chodzi raczej o to, żeby nie zużywać energii tam, gdzie dodatkowe ciepło niewiele nam daje.

Zobacz także:

Zasada 21-18-16 pomaga rozsądniej ogrzewać mieszkanie. Każda liczba oznacza inną temperaturę

Na czym polega zasada 21-18-16? To sposób na dopasowanie temperatury do przeznaczenia poszczególnych pomieszczeń. Zamiast ogrzewać cały dom jednakowo, ustawiamy inne wartości tam, gdzie spędzamy najwięcej czasu, i inne w miejscach, z których korzystamy rzadziej. Zalecenia Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie są proste, 21 stopni Celsjusza to proponowana temperatura w salonie i domowym gabinecie. Są to miejsca, w których siedzimy, czytamy, oglądamy telewizję albo pracujemy. W takich warunkach zwykle łatwiej zachować komfort bez konieczności mocnego rozkręcania ogrzewania.

18 stopni Celsjusza przewidziano dla sypialni. Początkowo może się wydawać, że to niewiele, ale warto pamiętać, że podczas snu przykrywamy się kołdrą, a organizm nie potrzebuje takiej samej temperatury jak podczas siedzenia przy stole. Brytyjska organizacja The Sleep Charity wskazuje zakres od 16 do 18 stopni jako sprzyjający zasypianiu.

Ostatnia liczba, czyli 16 stopni Celsjusza, dotyczy pomieszczeń używanych sporadycznie. Może to być korytarz, spiżarnia, wiatrołap czy pomieszczenie gospodarcze. Nie ma wielkiego sensu utrzymywać tam temperatury na kaloryferze takiej jak w salonie, skoro przebywamy w nich tylko przez chwilę. Trzeba jednak pamiętać o ważnym wyjątku. W łazience zalecana temperatura jest wyższa i wynosi około 22 do 24 stopni Celsjusza. Ma to znaczenie zarówno dla wygody po kąpieli, jak i dla ograniczania problemów z wilgocią. 

fot. Adobe Stock | Atlas

Jeden stopień mniej może zmniejszyć zużycie ciepła. W skali roku różnica bywa naprawdę odczuwalna

Najbardziej zainteresowało mnie to, że nie trzeba od razu mocno skręcać wszystkich kaloryferów, żeby zauważyć różnicę. Według danych Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie, obniżenie temperatury o jeden stopień może zmniejszyć zużycie ciepła o około 5 do 8 procent. Oczywiście nie oznacza to, że każdy rachunek automatycznie spadnie o taką samą wartość. Dużo zależy od rodzaju ogrzewania, izolacji budynku, pogody i tego, ile energii zużywaliśmy wcześniej. Warto jednak zobaczyć, jak takie zmiany mogą wyglądać na konkretnym przykładzie.

Szukasz praktycznych porad do domu? To też warto sprawdzić: Zamiast kupować specjalny woreczek do prania swetrów, wykorzystuję 1 rzecz, którą już mam w domu. Nie wydaję ani grosza

Przywołajmy wyliczenia dotyczące średnio ocieplonego domu o powierzchni 150 metrów kwadratowych, zamieszkanego przez cztery osoby i ogrzewanego gazem. Roczny koszt ogrzewania i przygotowania ciepłej wody szacuje się na około 8,7 tysiąca złotych. Przy takim poziomie wydatków obniżenie temperatury o jeden stopień może oznaczać około 400 do 700 zł oszczędności rocznie. Przy dwóch stopniach szacunkowa różnica wynosi nawet 900 do 1400 zł.

To jednak wyliczenia dla określonego domu, a nie obietnica, że tyle samo zostanie w portfelu każdej rodzinie. W małym mieszkaniu z ogrzewaniem miejskim efekt finansowy może wyglądać inaczej. Znaczenie ma również sposób rozliczania kosztów. Mimo to sama zasada wydaje mi się rozsądna. Zamiast próbować zaoszczędzić wszystko naraz, można zacząć od niewielkiej zmiany ustawień i sprawdzić, czy nadal czujemy się komfortowo. Jeden stopień mniej jest często łatwiejszy do zaakceptowania niż nagłe wychłodzenie całego mieszkania.

Kaloryfery nie powinny grzać jednakowo w każdym pokoju. Warto przyjrzeć się ustawieniom termostatów

Przy wprowadzaniu zasady trzech temperatur zaczęłabym od zwykłego sprawdzenia, ile stopni rzeczywiście jest w poszczególnych pomieszczeniach. Nie wystarczy spojrzeć na numer ustawiony na głowicy termostatycznej. Oznaczenia na pokrętle nie zawsze odpowiadają dokładnie temperaturze powietrza, dlatego przyda się prosty termometr pokojowy. Najlepiej umieścić go z dala od kaloryfera, bezpośredniego słońca i przeciągów. Wtedy łatwiej ocenić, czy w danym miejscu jest za ciepło, czy może temperatura odpowiada naszym potrzebom.

W salonie nie spieszyłabym się ze skręcaniem ogrzewania do minimum. To przestrzeń, w której domownicy przebywają najdłużej. Gdy jest tam zbyt chłodno, szybko pojawia się pokusa, żeby później gwałtownie podkręcić termostat. Inaczej wygląda sytuacja w pokoju gościnnym, z którego korzystamy tylko od czasu do czasu. Tam można rozważyć niższą temperaturę, oczywiście bez dopuszczania do nadmiernego wychłodzenia ścian. Podobnie w przedpokoju, gdzie nie siedzimy przez kilka godzin.

Zwróciłabym również uwagę na to, czy ciepło z grzejników ma możliwość swobodnego rozchodzenia się po pokoju. Długie zasłony, meble ustawione bardzo blisko kaloryfera albo suszące się na nim ręczniki mogą utrudniać ogrzewanie wnętrza. Warto więc sprawdzić nie tylko pokrętła, ale też samo otoczenie grzejników. Istotna jest ponadto regularność. Ustawienia najlepiej dopasowywać stopniowo, obserwując temperaturę przez kilka dni. Dzięki temu łatwiej ustalić, w których pokojach można ograniczyć ogrzewanie, a gdzie lepiej pozostawić je na dotychczasowym poziomie.

Całkowite zakręcanie grzejników nie zawsze jest dobrym pomysłem. Zbyt zimne mieszkanie może przysporzyć kłopotów

Przy oszczędzaniu na ogrzewaniu łatwo przesadzić. Gdy widzimy wysokie rachunki, pierwszym odruchem bywa całkowite zakręcenie kaloryferów w pomieszczeniach, z których akurat nie korzystamy. Eksperci ostrzegają jednak, że takie postępowanie może przynieść niepożądane skutki. Izba Gospodarcza Ciepłownictwo Polskie wskazuje, że temperatura w domu nie powinna spadać poniżej 15 stopni Celsjusza. Nadmiernie wychłodzone ściany sprzyjają skraplaniu wilgoci, a to może prowadzić do rozwoju pleśni i grzybów.

To szczególnie ważne w starszych budynkach i mieszkaniach, w których już wcześniej pojawiały się problemy z zawilgoceniem. Nie warto oszczędzać kilku złotych kosztem pogorszenia warunków w domu. Osobną kwestią jest obniżanie temperatury podczas nieobecności. Kiedy wychodzimy na kilka godzin, nie musimy utrzymywać takiego samego ciepła jak podczas odpoczynku w salonie. Lepiej jednak dopasować ustawienia do długości wyjścia, rodzaju budynku i instalacji, zamiast odruchowo wyłączać całe ogrzewanie.