Jesienią zawsze mam ten sam dylemat. Z jednej strony lubię wracać do ciepłego mieszkania, szczególnie gdy za oknem pada deszcz i wieje zimny wiatr. Z drugiej coraz uważniej przyglądam się wydatkom na ogrzewanie. Nie chcę siedzieć w grubym swetrze pod trzema kocami, ale nie zamierzam też płacić wysokich rachunków. Właśnie dlatego zaczęłam sprawdzać, jak właściwie korzystać z grzejników. Szybko zorientowałam się, że kilka moich codziennych przyzwyczajeń wymaga zmiany.

Przez lata ustawiałam kaloryfer na wyczucie i ciągle było mi albo zimno, albo za gorąco. W końcu zrozumiałam, jak działa głowica termostatyczna

Jeszcze do niedawna korzystałam z kaloryfera w bardzo prosty sposób. Kiedy wracałam do wychłodzonego mieszkania, przekręcałam pokrętło na najwyższą cyfrę. Wydawało mi się, że w ten sposób grzejnik zacznie pracować mocniej i szybciej ogrzeje pokój. Gdy po jakimś czasie robiło się zbyt ciepło, przykręcałam je niemal do zera.

Zobacz także:

Problem polegał na tym, że temperatura w pomieszczeniu ciągle się zmieniała. Raz siedziałam pod kocem, innym razem otwierałam okno, bo nie mogłam wytrzymać gorąca. Nie zastanawiałam się wtedy, że sama utrudniam sobie utrzymanie przyjemnych warunków. Wszystko zmieniło się, gdy zaczęłam interesować się działaniem głowicy termostatycznej. To właśnie ten element znajduje się przy wielu domowych grzejnikach i ma oznaczenia w postaci cyfr, najczęściej od 1 do 5. I właśnie w tym przypadku istnieje dość prosty sposób interpretowania ustawień.

Co oznaczają cyfry od 1 do 5 na kaloryferze? Każda odpowiada orientacyjnej temperaturze w pokoju

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zestawienie temperatur przypisanych do cyfr na głowicy, byłam naprawdę zaskoczona. Przez lata traktowałam te oznaczenia jak skalę intensywności ogrzewania. Tymczasem w wielu popularnych termostatach każda kolejna liczba oznacza temperaturę wyższą mniej więcej o 4 stopnie Celsjusza. Warto jednak pamiętać, że są to wartości orientacyjne. Dokładne ustawienia zależą od producenta, modelu głowicy i miejsca jej zamontowania.

Najczęściej wybieranym przeze mnie ustawieniem jest trójka. W wielu głowicach odpowiada ona temperaturze około 20 stopni Celsjusza. Dwójka oznacza zwykle około 16 stopni. Takie ustawienie może przydać się w pomieszczeniach, z których korzystamy rzadziej. W sypialni część osób lubi temperaturę około 17 do 19 stopni, dlatego ustawienie między dwójką a trójką może być wygodnym punktem wyjścia.

fot. archiwum prywatne/Story.pl

Jedynka to już znacznie chłodniejsze warunki, zwykle około 12 stopni. Nie traktowałabym jej jako uniwersalnego ustawienia do wszystkich pomieszczeń na zimę. Zbyt niska temperatura, szczególnie w słabo wentylowanym mieszkaniu, może sprzyjać kondensacji wilgoci na chłodnych powierzchniach.

Czwórka odpowiada orientacyjnie 24 stopniom. Dla mnie to zdecydowanie za ciepło na zwykły wieczór przed telewizorem. Piątka, czyli około 28 stopni, również nie jest sposobem na błyskawiczne ogrzanie pokoju. Ustawienie tak wysokiej temperatury może jedynie sprawić, że pomieszczenie będzie ogrzewane dłużej, niż faktycznie potrzebujemy.

Osobną sprawą jest symbol śnieżynki. W wielu modelach oznacza on funkcję ochrony przed zamarzaniem, a nie całkowite wyłączenie ogrzewania. Zawór może otworzyć się przy bardzo niskiej temperaturze, aby ograniczyć ryzyko zamarznięcia instalacji. Nie jest to jednak ustawienie odpowiednie do normalnego przebywania w pokoju.

Warto pamiętać, że sama pozycja pokrętła nie gwarantuje dokładnej temperatury. Znaczenie mają również przeciągi, nasłonecznienie, położenie grzejnika i sprawność instalacji. Właśnie dlatego zwykły termometr pokojowy jest dobrym uzupełnieniem termostatu. Pozwala sprawdzić, czy ustawienie rzeczywiście odpowiada warunkom w pomieszczeniu.

Najważniejsza zmiana w moim podejściu polega na tym, że przestałam traktować kaloryfer jak urządzenie z pięcioma poziomami mocy. Teraz wiem, że wybieram przede wszystkim temperaturę, do której ma dążyć ogrzewanie. To znacznie ułatwia mi codzienne korzystanie z grzejników.

Samo ustawienie termostatu nie wystarczy, żeby obniżyć rachunki za ogrzewanie. Kilka codziennych nawyków pomaga zatrzymać ciepło w domu

Kiedy zaczęłam rozsądniej korzystać z głowic termostatycznych, przyjrzałam się również temu, co dzieje się wokół kaloryferów. Szybko zauważyłam, że czasami sama utrudniam rozprowadzanie ciepła po mieszkaniu. Najlepszym przykładem była kanapa ustawiona niemal przy samym grzejniku.

Teraz staram się zostawiać wokół kaloryferów wolną przestrzeń. Nie zasłaniam ich ciężkimi zasłonami i nie ustawiam tuż przed nimi dużych mebli. Ciepłe powietrze powinno mieć możliwość swobodnego krążenia po pokoju. W przeciwnym razie część energii może ogrzewać przede wszystkim przestrzeń za kanapą albo pod parapetem.

Dużą uwagę zwracam również na wietrzenie. Kiedyś zdarzało mi się zostawiać uchylone okno na wiele godzin, nawet przy włączonym ogrzewaniu. Teraz wolę wietrzyć krótko i intensywnie, dostosowując czas do pogody. Przed otwarciem okna przykręcam termostat, aby zimne powietrze nie powodowało niepotrzebnego otwierania zaworu. Po zamknięciu okna wracam do wcześniejszego ustawienia.

Nie rezygnuję przy tym z wentylacji. To szczególnie ważne jesienią i zimą, gdy na szybach może skraplać się para wodna. Ograniczanie dopływu świeżego powietrza za wszelką cenę nie jest dobrym sposobem oszczędzania. Nadmierna wilgoć może sprzyjać rozwojowi pleśni, dlatego trzeba zachować równowagę między ogrzewaniem a wymianą powietrza.

To również może cię zainteresować: Firanki po praniu ciągle były szare i miały dziwny zapach. Sąsiadka "sprzedała" mi metodę 3:5, pomogło od razu

Kolejna rzecz to uszczelki w oknach i drzwiach. W chłodne dni łatwo zauważyć, czy w pobliżu ram pojawia się nieprzyjemny przeciąg. Nie zawsze oznacza to konieczność wymiany całego okna. Czasami wystarczy regulacja okuć albo wymiana zużytej uszczelki. Wieczorami zasłaniam również okna, szczególnie w pokojach z dużymi przeszkleniami. Zasłony mogą nieco ograniczać odczucie chłodu przy szybie, ale pilnuję, żeby nie przykrywały grzejników ani głowic termostatycznych.