Przez długi czas nie mogłam zrozumieć, dlaczego samoopalacz u mnie nigdy nie wygląda tak dobrze jak na zdjęciach w internecie. Zdarzały się smugi, ciemniejsze plamy na kolanach i łokciach, a po kilku dniach opalenizna zaczynała schodzić nierównomiernie. Wszystko zmieniło się, kiedy przed wakacjami zaczęłam przygotowywać skórę odpowiednim peelingiem. Teraz nie wyobrażam sobie pominąć tego kroku, bo różnica jest naprawdę ogromna.

Kiedyś od razu sięgałam po samoopalacz. Dziś wiem, że to był największy błąd

Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że wystarczy kupić dobry samoopalacz i wszystko zrobi się samo. Wieczorem nakładałam kosmetyk, rano liczyłam na efekt rodem z wakacyjnych zdjęć, a kończyło się poprawkami i nerwowym zmywaniem smug. Szczególnie problematyczne były kolana, kostki i łokcie, gdzie kolor zawsze wychodził zdecydowanie ciemniejszy.

Zobacz także:

Przed jednym z wyjazdów postanowiłam zmienić swoje podejście. Zaczęłam czytać o przygotowaniu skóry i trafiłam na peeling St. Moriz Professional Pre-Tan Skin Primer. Pomyślałam, że skoro i tak planuję użyć samoopalacza, warto sprawdzić, czy taki kosmetyk rzeczywiście coś zmienia. Ja ostatnio kupiłam kolejne opakowanie w Super-Pharm i zaoszczędziłam, dzięki promocji. Dodałam w koszyku zestaw trzech błyszczyków tylko za 19,99 zł. 

Już po pierwszym użyciu zauważyłam, że skóra stała się wyraźnie gładsza. Nie miałam uczucia ściągnięcia, za to pojawiła się przyjemna miękkość i delikatny blask. Kiedy następnego dnia nałożyłam samoopalacz, rozprowadzał się znacznie łatwiej niż wcześniej. Po raz pierwszy nie musiałam poprawiać zacieków ani zastanawiać się, czy kolor będzie równomierny, a moja opalenizna wyglądała bajecznie. 

fot. superpharm.pl

Efekt przeszedł moje oczekiwania. Opalenizna wyglądała znacznie bardziej naturalnie

Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak długo utrzymał się efekt. Zwykle po kilku dniach moja opalenizna zaczynała się nierówno ścierać, a skóra wyglądała mało estetycznie. Tym razem kolor stopniowo blednął i nie tworzyły się charakterystyczne plamy.

Sam peeling ma drobinki krzemionkowe, które delikatnie złuszczają martwy naskórek. Dzięki temu powierzchnia skóry jest wyrównana i przygotowana do aplikacji samoopalacza. Producent podkreśla również, że kosmetyk nawilża, dodaje blasku i ma beztłuszczową formułę, która nie utrudnia późniejszego nakładania produktów brązujących. W praktyce właśnie to najbardziej odczułam – skóra była miękka, ale nie pozostawała tłusta.

Jeżeli interesują cię kosmetyczne hity, to też może ci się spodobać: Założyłam się, że to Kenzo za 300 zł. A to taniocha za 15 zł, która czuć godzinami

Spodobało mi się także to, że kosmetyk można stosować na dwa sposoby. Najczęściej używam go pod prysznicem na wilgotną skórę, ale kiedy zależy mi na mocniejszym złuszczeniu, nakładam go na suchą skórę przed kąpielą. To prosty trik, który naprawdę robi różnicę przed wakacjami.

Dziś nie pomijam już tego etapu. To dla mnie obowiązkowy rytuał przed urlopem

Teraz przygotowania do wyjazdu wyglądają zupełnie inaczej niż kiedyś. Kilka dni przed urlopem wykonuję peeling, regularnie nawilżam skórę, a dopiero później sięgam po samoopalacz. Dzięki temu nie stresuję się, że na zdjęciach z wakacji zobaczę smugi albo nierówny kolor.

Doceniam też to, że kosmetyk jest odpowiedni również dla skóry wrażliwej i ma wegańską formułę. Nie podrażnia mnie, mimo że moja skóra bywa dość wymagająca. To sprawia, że sięgam po niego nie tylko przed wakacjami, ale również wtedy, gdy chcę odświeżyć opaleniznę w trakcie lata.

Po kilku sezonach mogę śmiało powiedzieć, że to właśnie przygotowanie skóry, a nie sam samoopalacz, okazało się największą zmianą w mojej pielęgnacji. Od kiedy stosuję peeling przed opalaniem, efekt jest znacznie bardziej naturalny, opalenizna utrzymuje się dłużej, a skóra wygląda zdrowo i promiennie. Jeśli ktoś tak jak ja kiedyś zastanawia się, dlaczego samoopalacz nie daje oczekiwanego efektu, zacząłabym właśnie od tego jednego kroku. Tym bardziej że teraz kosmetyk można kupić w promocyjnej cenie.