Jeszcze kilka lat temu samoopalacze kojarzyły mi się głównie z pomarańczowymi smugami, nieprzyjemnym zapachem i efektem, który bardziej przypominał przypadkową plamę niż naturalną opaleniznę. Dlatego przez długi czas omijałam tego typu kosmetyki szerokim łukiem. Wszystko zmieniło się, kiedy przed wyjazdem na weekend postanowiłam dać im jeszcze jedną szansę. Trafiłam na produkt, który całkowicie odmienił moje podejście do domowego brązowania. Dziś nie wyobrażam sobie letniej pielęgnacji bez tej pianki, bo dzięki niej moja skóra wygląda tak, jakbym właśnie wróciła z egzotycznych wakacji.
Byłam pewna, że znów skończy się rozczarowaniem. Tym razem efekt pozytywnie mnie zaskoczył
Moja skóra jest dość jasna i bardzo długo łapie naturalną opaleniznę. Nawet po kilku dniach spędzonych na słońcu często wyglądałam bardziej na lekko zaróżowioną niż złocistą. Z tego powodu od czasu do czasu próbowałam różnych balsamów brązujących i samoopalaczy, ale niemal zawsze kończyło się tak samo. Smugi, ciemniejsze plamy przy kostkach i łokciach oraz charakterystyczny pomarańczowy odcień skutecznie zniechęcały mnie do kolejnych prób. Przeglądając półki w Rossmannie, natknęłam się na ekspresową piankę brązującą Eveline Cosmetics Brazilian Body 6w1. Zaciekawiły mnie obietnice producenta dotyczące naturalnego efektu już po pierwszej aplikacji oraz brak smug i plam. Pomyślałam, że za 19,99 zł mogę jeszcze raz zaryzykować.
Zobacz także:
Już podczas pierwszego użycia zauważyłam coś, czego brakowało mi w innych produktach. Pianka ma delikatnie brązowy kolor, dzięki czemu od razu widać, gdzie kosmetyk został nałożony. To ogromne ułatwienie podczas aplikacji. Nie musiałam zgadywać, czy równomiernie pokryłam skórę, ponieważ wszystko było doskonale widoczne. Sama konsystencja również zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Jest lekka, puszysta i aksamitna, dzięki czemu łatwo rozprowadza się na skórze. Nie spływa i nie tworzy zacieków. Cały proces zajmuje dosłownie kilka minut, co bardzo doceniam zwłaszcza wtedy, gdy szykuję się do wyjścia.
fot. rossmann.pl
Największą różnicę zobaczyłam po kilku godzinach. Opalenizna wyglądała bardzo naturalnie
Producent informuje, że pierwsze efekty są widoczne już podczas aplikacji, natomiast pełny kolor rozwija się w ciągu około pięciu godzin. U mnie dokładnie tak to wyglądało. Wieczorem nałożyłam piankę, a następnego ranka skóra miała piękny, złocisty odcień. Najbardziej ucieszyło mnie to, że efekt nie przypomina sztucznej opalenizny. Skóra wygląda tak, jakbym spędziła kilka dni na plaży, a nie nałożyła kosmetyk z drogerii. Kolor jest równomierny i bardzo naturalny. Nie wpada ani w pomarańczowe, ani w zbyt ciemne tony.
Jeżeli szukasz świetnych produktów z Rossmanna, to też może cię zainteresować: To moje odkrycie roku na siwe włosy z Rossmanna. W 10 min mam efekt jak po wizycie u fryzjera
Ogromnym plusem okazał się również brak smug. Oczywiście przed aplikacją wykonałam peeling i zadbałam o odpowiednie nawilżenie skóry, ale mimo wszystko spodziewałam się drobnych niedoskonałości. Tymczasem efekt był naprawdę równy. Nawet okolice kolan, kostek i łokci wyglądały dobrze, co wcześniej zdarzało się bardzo rzadko. Zauważyłam też, że opalenizna stopniowo się wypłukuje. Nie pojawiają się nieestetyczne plamy ani ciemniejsze fragmenty skóry. Dzięki temu nie muszę martwić się, że po kilku dniach będę wyglądała gorzej niż przed aplikacją.
To nie tylko pianka opalająca. Skóra po jego użyciu wygląda na bardziej zadbaną
Po kilku aplikacjach zwróciłam uwagę jeszcze na jedną rzecz. Skóra jest przyjemnie miękka i wygląda na bardziej wygładzoną. Producent zastosował w formule wodę aloesową oraz witaminę E, które odpowiadają za nawilżenie i pielęgnację. Oczywiście nie zastępuje to balsamu, ale różnica jest naprawdę zauważalna. Podoba mi się również to, że kosmetyk nie daje uczucia lepkości. Już po krótkiej chwili mogłam normalnie się ubrać i nie miałam wrażenia, że produkt pozostaje na powierzchni skóry. To ogromna zaleta, zwłaszcza latem, kiedy wysokie temperatury potrafią sprawić, że cięższe kosmetyki stają się bardzo niekomfortowe.
Pianka opalająca świetnie sprawdziła się przed ważniejszymi wyjściami. Kilka razy nałożyłam ją dzień przed imprezą albo spotkaniem ze znajomymi i za każdym razem efekt wyglądał bardzo elegancko. Nogi w sukience prezentowały się znacznie lepiej, a skóra miała zdrowy, wypoczęty wygląd. Dodatkowo zauważyłam, że delikatna opalenizna optycznie wyrównuje koloryt skóry. Drobne zaczerwienienia czy niewielkie niedoskonałości stają się mniej widoczne, dzięki czemu nie mam potrzeby nakładania dodatkowych kosmetyków na ciało.
To jeden z najlepszych kosmetyków, jakie kupiłam przed latem. Za niecałe 20 zł trudno o lepszy efekt
Nie spodziewałam się, że produkt za 19,99 zł tak bardzo zmieni moje podejście do samoopalaczy. Przez lata byłam przekonana, że naturalny efekt można uzyskać tylko po drogich zabiegach albo po prawdziwych wakacjach. Okazało się jednak, że odpowiednio dobrana pianka potrafi dać bardzo podobny rezultat. Najbardziej cenię ją za łatwość aplikacji i przewidywalny efekt. Nie stresuję się już, że rano obudzę się z plamami albo nierównym kolorem. Wiem, czego mogę się spodziewać i właśnie dlatego tak chętnie po nią sięgam.
Jeśli, tak jak ja, masz za sobą nieudane doświadczenia z samoopalaczami, ta pianka może pozytywnie cię zaskoczyć. Dobrze się rozprowadza, szybko rozwija kolor, nie tworzy smug i daje bardzo naturalny efekt złocistej skóry. Dla mnie stała się jednym z tych kosmetyków, które obowiązkowo trafiają do kosmetyczki przed każdym latem. Dzięki niej nie muszę czekać na urlop, żeby cieszyć się opalenizną wyglądającą jak po kilku dniach spędzonych na karaibskiej plaży.

Obserwuj nas na Google







