Od dłuższego czasu miałam wrażenie, że moje włosy nie wyglądają już tak dobrze jak kiedyś. Najbardziej przeszkadzały mi prześwity przy przedziałku i coraz mniejsza objętość u nasady. Przetestowałam już sporo kosmetyków, ale większość dawała efekt tylko do kolejnego mycia albo zwyczajnie nie robiła żadnej różnicy. Zupełnie przypadkiem przypomniałam sobie o kosmetyku, który wiele osób kojarzy jeszcze z czasów PRL-u. Nie spodziewałam się, że tak prosty produkt może na nowo zagościć w mojej codziennej pielęgnacji i dać efekty, których od dawna szukałam.

Na początku podeszłam do niego z dużym dystansem. Szybko zrozumiałam, dlaczego ten kosmetyk wciąż ma tyle fanek

Kiedy zobaczyłam w Rossmannie wodę brzozową Isana z pantenolem i witaminą B3, początkowo potraktowałam ją bardziej jako ciekawostkę niż kosmetyk, który naprawdę może mi pomóc. Kojarzyłam ją z opowieściami mamy i babci, które wspominały, że kiedyś woda brzozowa była jednym z najpopularniejszych sposobów na pielęgnację skóry głowy. Uznałam jednak, że za 11,49 zł mogę dać jej szansę. Nawet jeśli nie zadziała, nie będzie to duża strata. Już po kilku dniach regularnego stosowania zauważyłam pierwszą różnicę. Przede wszystkim skóra głowy była wyraźnie bardziej odświeżona. Kosmetyk ma lekką, wodnistą konsystencję, nie zawiera tłuszczu i nie obciąża włosów, dlatego bez problemu mogłam stosować go także między myciami. To dla mnie ogromna zaleta, bo wiele wcierek sprawiało, że włosy szybciej wyglądały na nieświeże.

Zobacz także:

Producent deklaruje, że ekstrakty z liści brzozy poprawiają ukrwienie skóry głowy, a pantenol i witamina B3 wspierają pielęgnację włosów. Nie jestem w stanie ocenić tego od strony laboratoryjnej, ale mogę powiedzieć, co zauważyłam u siebie. Włosy zaczęły odbijać się od nasady, wyglądały na bardziej puszyste, a fryzura zyskała lekkość. Co ważne, efekt nie przypominał sztucznego uniesienia po użyciu lakieru czy pudru do objętości. Włosy wyglądały po prostu zdrowiej. Z czasem zauważyłam także, że skóra głowy wolniej się przetłuszcza. Wcześniej już następnego dnia po myciu miałam ochotę związać włosy w kucyk, bo u nasady nie wyglądały świeżo. Teraz znacznie dłużej zachowują lekkość, dzięki czemu nie muszę sięgać po suchy szampon tak często jak wcześniej.

fot. rossmann.pl

Najbardziej zależało mi na prześwitach. Właśnie tutaj zauważyłam największą zmianę

Nie oczekiwałam cudów po kilku dniach stosowania. Wiedziałam, że pielęgnacja skóry głowy wymaga cierpliwości, dlatego po prostu włączyłam wodę brzozową do swojej codziennej rutyny. Nakładałam ją regularnie na skórę głowy i delikatnie masowałam opuszkami palców przez kilka minut. Po kilku tygodniach zaczęłam zauważać, że przedziałek nie wygląda już tak szeroko jak wcześniej. Oczywiście nie stało się to z dnia na dzień, ale pojawiło się mnóstwo krótkich, nowych włosków, które fryzjerzy często nazywają baby hair. To właśnie one sprawiły, że włosy zaczęły wyglądać na gęstsze, szczególnie przy linii czoła i w okolicy przedziałka.

Jeżeli szukasz porad włosowych, to też może ci się przydać: Podkradam mężowi od miesiąca i siwe włosy zniknęły bez farbowania. Mój taniutki „fryzjer w tubce” z Rossmanna

Nie twierdzę, że sama woda brzozowa potrafi całkowicie odmienić kondycję włosów albo zastąpi specjalistyczne leczenie w przypadku nasilonego wypadania. U mnie okazała się jednak bardzo dobrym wsparciem codziennej pielęgnacji. Widzę różnicę przede wszystkim w wyglądzie fryzury. Włosy sprawiają wrażenie pełniejszych, lepiej się układają i nie przylegają płasko do głowy. Dodatkowym plusem jest to, że kosmetyk jest bardzo wydajny. Butelka ma aż 500 ml, więc przy codziennym stosowaniu wystarcza na długo. To kolejny argument, który przekonał mnie do regularnego używania.

To jeden z najtańszych kosmetyków w mojej łazience. Okazał się skuteczniejszy niż wiele znacznie droższych produktów

Nie ukrywam, że wcześniej ze względu na przerzedzone włosy, zdarzało mi się kupować wcierki kosztujące kilkadziesiąt, a nawet ponad sto złotych. Część z nich była bardzo dobra, ale niektóre nie przynosiły praktycznie żadnych efektów. Dlatego właśnie woda brzozowa Isana tak pozytywnie mnie zaskoczyła. Podoba mi się, że jej stosowanie nie wymaga żadnych skomplikowanych rytuałów. Wystarczy nanieść produkt na skórę głowy i delikatnie go wmasować. Nie muszę poświęcać na to dużo czasu, a mimo wszystko mam poczucie, że robię coś dobrego dla swoich włosów.

Doceniam również to, że kosmetyk nie obciąża fryzury. Mogę używać go rano przed wyjściem z domu, nie martwiąc się, że włosy będą wyglądały na tłuste. To sprawia, że znacznie łatwiej zachować regularność, która przy pielęgnacji skóry głowy jest naprawdę ważna. Od kiedy woda brzozowa na stałe zagościła na mojej półce, coraz rzadziej sięgam po produkty dodające objętości tylko na chwilę. Wolę stopniowo poprawiać kondycję włosów niż maskować problem kolejnymi kosmetykami do stylizacji.

Nie spodziewałam się, że wrócę do rozwiązania znanego od pokoleń. A dziś przerzedzone włosy to już przeszłość 

Ten zakup przypomniał mi, że nie zawsze najdroższe produkty są najlepszym wyborem. Czasami warto dać szansę kosmetykom, które od lat cieszą się dobrą opinią i mają naprawdę prosty skład oraz sprawdzone składniki pielęgnujące. Dla mnie woda brzozowa Isana stała się jednym z tych produktów, które zawsze chcę mieć w domu. Pomaga utrzymać świeżość skóry głowy, dodaje włosom lekkości i sprawia, że fryzura wygląda na bardziej pełną. Najbardziej cieszy mnie jednak to, że z czasem przestałam zwracać uwagę na prześwity, które wcześniej były moją największą zmorą.

Jeśli tak jak ja masz wrażenie, że włosy straciły objętość, szybciej się przetłuszczają albo skóra głowy potrzebuje dodatkowej pielęgnacji, taki kosmetyk może być ciekawym uzupełnieniem codziennej rutyny. Nie obiecuje spektakularnych cudów po kilku użyciach, ale przy regularnym stosowaniu potrafi pozytywnie zaskoczyć. Ja kupiłam go z czystej ciekawości, a dziś trudno wyobrazić sobie moją pielęgnację bez tej niepozornej butelki z Rossmanna.