Coraz więcej osób wpada w drugi próg podatkowy i płaci 32 proc. PIT od nadwyżki dochodu. Problem dotyczy już nie tylko najlepiej zarabiających, ale też specjalistów, pracowników etatowych i osób, których pensje rosły razem z inflacją.

Moja ciocia zobaczyła to dopiero przy rozliczeniu PIT. Nagle okazało się, że „lepsza pensja” nie oznacza dużo większego komfortu

Moja ciocia przez lata uważała, że drugi próg podatkowy to temat dla prezesów, dyrektorów i ludzi z naprawdę wysokimi zarobkami. Sama pracuje na etacie, nie prowadzi firmy, nie inwestuje na wielką skalę i raczej ostrożnie planuje domowy budżet. Kiedy dostała podwyżkę, najpierw się ucieszyła, bo przy rosnących rachunkach, droższych zakupach i ratach kredytu każdy dodatkowy przelew wydawał się ulgą. Dopiero przy rozliczeniu podatkowym zobaczyła, że część dochodu wpadła w 32-proc. stawkę PIT. Obecnie pierwszy próg podatkowy dla Polaków wynosi 120 tys. zł rocznie, a po jego przekroczeniu wyższa stawka obejmuje nadwyżkę dochodu. W Sejmie wróciła dyskusja, czy ten limit nadal pasuje do realiów rynku pracy, bo do komisji trafiła petycja zakładająca podniesienie progu do 171 tys. zł, a podczas prac padła także kwota 175 745 zł.

Zobacz także:

fot. Adobe Stock | rozentuzjazmowany

Problem nie polega tylko na tym, że ludzie zarabiają więcej. Chodzi o to, że próg podatkowy stoi w miejscu, a ceny i pensje poszły do góry

Ciocia mówiła, że nie poczuła się bogata. Po prostu jej pensja przez kilka lat rosła, bo wszystko wokół drożało: jedzenie, paliwo, usługi, wizyty u lekarzy, wakacje, a nawet zwykłe wyjście do kawiarni. I właśnie w tym tkwi sedno problemu. Coraz więcej osób przekracza próg nie dlatego, że nagle żyje luksusowo, ale dlatego, że wynagrodzenia próbowały dogonić koszty życia. Konkretnie nazywa się to pełzającą progresją podatkową. W praktyce oznacza to, że podatnik może nominalnie zarabiać więcej, ale realnie niekoniecznie ma większą swobodę finansową. Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, progi podatkowe w Polsce nie są automatycznie waloryzowane, więc każda zmiana wymaga decyzji ustawodawcy.

Jeżeli szukasz oszczędności i dodatkowych pieniędzy, to może cię zainteresować: Dają ponad 18 tys. zł „na głowę” dla Polaków bez względu na wiek. Wystarczy wniosek

W Sejmie pojawiły się konkretne propozycje. Jedna mówi o 171 tys. zł, druga idzie jeszcze dalej

Podniesienie progu do 171 tys. zł oznaczałoby, że osoby zarabiające np. 130 tys. lub 150 tys. zł rocznie dłużej pozostałyby przy 12-proc. stawce PIT. Dla wielu domowych budżetów byłaby to realna różnica, szczególnie przy kredycie, dzieciach, wynajmie mieszkania albo opiece nad bliskimi. Moja ciocia przyznała, że gdyby taki limit obowiązywał wcześniej, część pieniędzy zostałaby w jej portfelu i najpewniej poszłaby na zupełnie przyziemne rzeczy: naprawę auta, wizytę u dentysty i zaległy weekendowy wyjazd. Podczas posiedzenia Komisji do Spraw Petycji wskazywano jednak także wyższą kwotę 175 745 zł. Ministerstwo Finansów studzi oczekiwania, tłumacząc to m.in. sytuacją finansów publicznych, deficytem i wydatkami na obronność.

Na decyzję trzeba jeszcze poczekać. Ale wielu podatników już dziś uważnie liczy każdy miesiąc

Na razie nie ma pewności, czy próg podatkowy faktycznie zostanie podniesiony. Wiadomo jednak, że temat przestał być niszowy. Dotyczy osób, które jeszcze niedawno w ogóle nie myślały o 32-proc. PIT, a dziś sprawdzają paski wynagrodzeń i kalkulatory podatkowe z coraz większym napięciem. Historia mojej cioci dobrze pokazuje, że za suchymi liczbami stoją codzienne decyzje: czy odłożyć pieniądze, czy zrobić remont, czy pojechać na urlop, czy znowu przesunąć większy wydatek. Dlatego dyskusja o pierwszym progu podatkowym nie jest tylko sejmową technikalią. To sprawa, która może bezpośrednio wpłynąć na portfele milionów pracujących osób.