Piękna opalenizna bez słońca brzmi jak idealne rozwiązanie na lato. Nic dziwnego, że samoopalacze od lat cieszą się ogromną popularnością. Sama regularnie po nie sięgam, bo wiem, jak wiele potrafią zmienić w wyglądzie skóry. Jednocześnie mam wobec nich wysokie wymagania, ponieważ testowałam już naprawdę sporo różnych produktów. Właśnie dlatego nie każda internetowa sensacja okazuje się dla mnie strzałem w dziesiątkę.

Samoopalacz z Hebe podbił internet i skusił mnie opiniami. Producent obiecywał efekt jak po egzotycznych wakacjach

Jedna recenzja goniła kolejną. Gdzie nie zajrzałam, tam pojawiały się zachwyty nad pianką Azure Tan Extreme Dark dostępną w Hebe. Kobiety pisały o przepięknej opaleniźnie, naturalnym kolorze i efekcie skóry muśniętej słońcem. W końcu sama dałam się namówić. Nie był to spontaniczny zakup za kilkanaście złotych. Produkt kosztował wtedy lekko ponad 100 zł, więc miałam wobec niego naprawdę duże oczekiwania. Obecnie w promocji można kupić go za 95,99 zł, ale nadal jest to kwota, przy której człowiek liczy na coś więcej niż przeciętny efekt. Pomyślałam jednak, że jeśli rzeczywiście zapewni opaleniznę jak po rajskich wakacjach, warto dopłacić.

Zobacz także:

Producent obiecuje bardzo ciemny, wakacyjny efekt opalenizny oraz jednoczesną pielęgnację skóry. W składzie znajdziemy między innymi kwas hialuronowy, witaminy B3 i B5 oraz ceramidy. Według zapewnień marka zadbała nie tylko o kolor, ale również o odpowiednie nawilżenie, wygładzenie i poprawę elastyczności skóry.

Brzmiało to naprawdę zachęcająco. Szczególnie spodobało mi się połączenie mocnej opalenizny z pielęgnacją. W teorii miałam otrzymać dwa produkty w jednym – piękny kolor i zadbaną skórę. Patrząc na liczbę pozytywnych opinii, byłam przekonana, że znalazłam swojego nowego ulubieńca na lato. Nic nie zapowiadało tego, jak bardzo się rozczaruję.

fot. archiwum prywatne/story.pl

Ta pianka samoopalająca kompletnie się u mnie nie sprawdziła. Efekt na skórze wyglądał daleko od moich oczekiwań

Pierwszy sygnał ostrzegawczy pojawił się już kilka godzin po aplikacji. Zamiast równomiernego koloru zaczęłam zauważać miejsca ciemniejsze i jaśniejsze. Jedna część nogi wyglądała inaczej niż druga. W niektórych miejscach opalenizna była bardzo intensywna, a obok pojawiały się fragmenty skóry, które wyglądały tak, jakby produkt w ogóle się tam nie nałożył.

Najgorzej prezentowały się kolana i kostki. W tych miejscach pojawiły się duże, ciemne plamy, które wyglądały bardzo nienaturalnie. Zamiast efektu wakacyjnej opalenizny miałam wrażenie, że walczę ze źle nałożoną farbą. Każde spojrzenie w lustro tylko pogarszało moje samopoczucie.

Najbardziej irytujące było jednak to, że naprawdę wiem, jak korzystać z samoopalaczy. Przed aplikacją wykonałam dokładny peeling całego ciała. Później mocno nawilżyłam skórę, szczególnie łokcie, kolana i kostki. Produkt nakładałam specjalną miękką rękawicą przeznaczoną właśnie do samoopalaczy. Po kilku godzinach zmyłam go zgodnie z zaleceniami samą wodą, bez pocierania skóry ręcznikiem. Dlatego trudno było mi zrzucić winę na błędy podczas aplikacji. Tym bardziej że identyczną procedurę stosuję przy innych produktach i nigdy nie miałam podobnych problemów.

Nie spodobał mi się również sam kolor. Zamiast naturalnej opalenizny zauważyłam tony, które zbyt mocno wpadały w pomarańcz. Zależy mi na efekcie przypominającym skórę po wakacjach, a nie po kilkunastu minutach w osiedlowym solarium. Tutaj niestety właśnie takie skojarzenie nasunęło mi się jako pierwsze. Kolejnym rozczarowaniem było uczucie na skórze. Cały czas miałam wrażenie, że jestem pokryta jakąś sztuczną warstwą. Skóra nie wydawała się naturalna ani przyjemna w dotyku. Wręcz przeciwnie.

Problematyczny okazał się także zapach. Oczywiście wiem, że większość samoopalaczy ma charakterystyczną woń. Tutaj jednak nie zniknęła ona nawet po dwukrotnym myciu. Co gorsza, stawała się bardziej wyczuwalna podczas aktywności fizycznej i w cieplejsze dni. Przez cały czas miałam ją gdzieś w tle i bardzo mi to przeszkadzało.

Po tym doświadczeniu kompletnie nie rozumiem internetowego zachwytu nad tym produktem. Być może sprawdza się u innych typów skóry, ale u mnie okazał się jednym z największych kosmetycznych rozczarowań ostatnich miesięcy. W efekcie straciłam pieniądze i wróciłam do dalszych poszukiwań.

To też może cię zainteresować: Odmładzająca perełka z Rossmanna. Kupiłam dla męża, a używam sama. Jest moc, odjęło mi z 10 lat

Ten samoopalacz z Rossmanna okazał się miłym zaskoczeniem. Za ułamek ceny dostałam efekt, o którym marzyłam

Największy paradoks całej tej historii polega na tym, że mój faworyt kosztował kilka razy mniej. Podczas jednej z wizyt w Rossmannie wpadła mi w oko pianka Lirene Espresso. Była akurat na promocji za 19,99 zł i pomyślałam, że za taką kwotę warto dać jej szansę. Nie miałam wobec niej szczególnie wygórowanych oczekiwań. Po doświadczeniu z dużo droższym produktem podchodziłam do tematu raczej ostrożnie. Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłam efekt.

fot. rossmann.pl

Tym razem przygotowałam skórę dokładnie tak samo. Wykonałam peeling, zadbałam o odpowiednie nawilżenie i nałożyłam produkt rękawicą. Nie zmieniłam dosłownie niczego. Różnica pojawiła się dopiero po kilku godzinach. Opalenizna wyszła dokładnie taka, jakiej oczekiwałam. Miała piękny, głęboki brązowy odcień i wyglądała bardzo naturalnie. W końcu miałam wrażenie, że wróciłam z egzotycznych wakacji, a nie z nieudanego eksperymentu kosmetycznego.

Producent obiecuje równomierną aplikację bez smug i przebarwień oraz efekt widoczny już po około godzinie. W moim przypadku te zapewnienia faktycznie znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nie pojawiły się plamy, zacieki ani ciemniejsze miejsca na kolanach czy kostkach. Spodobało mi się również to, że pianka szybko się wchłaniała. W składzie znalazły się między innymi organiczna woda kokosowa, naturalne DHA i ekstrakt z acai. Producent podkreśla także właściwości nawilżające i pielęgnujące, a skóra rzeczywiście wyglądała na bardziej miękką i wygładzoną.

Zapach był wyczuwalny podczas aplikacji, ale tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń. Po pierwszym myciu praktycznie zniknął i nie przypominał o sobie przez kolejne dni. To ogromna różnica w porównaniu z produktem, który testowałam wcześniej.

Czasami najdroższy produkt okazuje się największym rozczarowaniem, a kosmetyk kupiony przy okazji podczas promocji staje się ulubieńcem na całe lato. W moim przypadku dokładnie tak było. Dlatego jeśli miałabym dziś ponownie wybrać między tymi dwoma produktami, bez chwili wahania sięgnęłabym po Lirene Espresso. Dzięki niemu w końcu uzyskałam opaleniznę, której szukałam od początku.