Są w domu takie miejsca, które za dnia zupełnie mi nie przeszkadzają. Problem zaczyna się wieczorem, gdy otwieram głęboką szufladę albo zaglądam do ciemniejszej części szafy. Nagle czarne skarpetki znikają, ładowarka przepada, a znalezienie drobiazgu wymaga świecenia telefonem. Przez długi czas uważałam, że tak po prostu musi być. W końcu przecież nikt nie prowadzi instalacji elektrycznej do każdej komody. Okazuje się, że wcale nie trzeba.

Otworzyłam szufladę, a Krzychu od razu zauważył światło. Dopiero wtedy zaczął szukać kabla

Cała historia zaczęła się wieczorem. Krzychu czegoś szukał, otworzył szufladę i nagle rzucił: „Od kiedy mamy światło w szufladzie?”. Mina była bezcenna, bo naprawdę próbował zrozumieć, kiedy zdążyłam coś tam zamontować. Tymczasem nie było żadnego elektryka, wiertarki ani prowadzenia przewodów za meblami. Chodzi o niewielkie oświetlenie szuflady z Action. W zestawie znajdują się dwie lampki LED, a komplet kosztuje 16,99 zł, czyli wychodzi około 8,50 zł za sztukę. Każda daje światło o jasności 10 lumenów. Nie jest to więc rozwiązanie, które ma zastąpić lampę sufitową. Tutaj chodzi o doświetlenie małej przestrzeni, dokładnie tam, gdzie potrzebuję coś zobaczyć.

Zobacz także:

Najbardziej spodobał mi się czujnik ruchu. W praktyce właśnie ten detal sprawia, że lampka ma sens w szufladzie. Nie chcę przecież za każdym razem szukać malutkiego włącznika, zanim zacznę szukać właściwej rzeczy. Otwieram, sięgam do środka i mam dodatkowe światło, które dają lampki do szuflady. Pierwszą od razu przeznaczyłam do miejsca, które wieczorem irytowało mnie najbardziej. Drugą można wykorzystać w innym meblu. I tutaj zaczyna się zabawa, bo takich ciemnych zakamarków w mieszkaniu znajduję zaskakująco dużo. Jak widać na wideo, w Action można znaleźć wiele praktycznych lampek, które można szybko zamontować w szufladach czy nad blatem w kuchni. 

fot. action.pl

Żadnego prowadzenia przewodów przez pół komody. Lampki z Action są bezprzewodowe i ładowane przez USB C

Największą przeszkodą przy dodatkowym oświetleniu mebli zawsze wydawały mi się kable. W pobliżu musiałoby być gniazdko, przewód trzeba gdzieś schować, a do tego dochodzi wiercenie albo kombinowanie, którędy go poprowadzić. Przy małej lampce do szuflady cała taka operacja zwyczajnie nie ma sensu. Model z Action jest bezprzewodowy. Lampki są ładowane przez USB C, więc nie potrzebują stałego podłączenia do kontaktu. To właśnie dlatego Krzychu nie mógł znaleźć przewodu, choć bardzo sumiennie zaglądał za komodę.

Szukasz ciekawych dodatków do wnętrz? To też może wpaść ci w oko: Najpierw poczułam kaszmirowy zapach, potem usłyszałam charakterystyczne trzaskanie. Ta perełka z Action robi klimat jak kominek

Dla mnie to duża zaleta także z innego powodu. Nie jestem przywiązana do jednego miejsca. Gdy po kilku dniach uznam, że bardziej potrzebuję światła w szafie niż w komodzie, po prostu zmieniam zastosowanie lampki. Nie planuję instalacji na lata, tylko dopasowuję mały gadżet do tego, co rzeczywiście przeszkadza mi w codziennym korzystaniu z mebli. Trzeba jedynie pamiętać o ładowaniu. Bezprzewodowe oświetlenie nie działa przecież bez źródła energii. Wolę o tym powiedzieć wprost, bo właśnie takie drobiazgi decydują później o tym, czy gadżet naprawdę ułatwia życie. Dla mnie możliwość ładowania jest jednak wygodniejsza niż ciągłe kupowanie kolejnych baterii.

Najpierw pomyślałam o komodzie, ale na jednej szufladzie możliwości się nie kończą. Małe światło przydaje się wszędzie tam, gdzie wieczorem robi się ciemno

Po pierwszym użyciu zaczęłam rozglądać się po mieszkaniu i szybko znalazłam kolejne miejsca. Głęboka szafa jest pierwszym przykładem. Górne światło w pokoju nie zawsze dociera do jej wnętrza, szczególnie gdy półki są zastawione ubraniami. Mała lampka pozwala zobaczyć zawartość bez wyciągania telefonu. Podobnie wygląda sytuacja z komodą w sypialni. Wieczorem nie zawsze mam ochotę zapalać główne światło, szczególnie gdy ktoś obok już odpoczywa. Delikatne oświetlenie wewnątrz mebla rozwiązuje zupełnie inny problem niż mocna lampa stojąca obok łóżka.

Widzę dla niego zastosowanie również w szafce z drobiazgami, w garderobie czy w miejscu, w którym przechowuję akcesoria. Zasada jest prosta. Nie próbuję rozświetlić całego pokoju. Chcę tylko zobaczyć, co leży bezpośrednio przede mną. To ważne również przy ocenie tych 10 lumenów. Na papierze taka liczba nie robi wielkiego wrażenia i nie powinna. To oświetlenie punktowe do niewielkiej przestrzeni. Kupowanie go z myślą o rozjaśnieniu dużej szafy od podłogi do sufitu mija się z celem. Do szuflady albo małego zakamarka taka funkcja jest znacznie bardziej logiczna.

Krzychu już nie pyta, po co mi kolejny drobiazg z Action. Tym razem sam przyznał, że światło w szufladzie ma sens

Lubię rozwiązania, które nie wymagają ode mnie reorganizowania połowy mieszkania. Tutaj nie zmieniam mebli, nie kupuję nowej komody i nie zaczynam domowego remontu. Po prostu dokładam światło w miejscu, w którym wcześniej go brakowało. Czujnik ruchu daje wygodę, bezprzewodowa konstrukcja uwalnia mnie od kombinowania z instalacją, a ładowanie przez USB C oznacza, że lampki nie muszą wisieć przy gniazdku. To właśnie połączenie tych cech przekonało mnie bardziej niż sam pomysł świecącej szuflady.

Nie twierdzę też, że od teraz każda półka w domu potrzebuje własnego oświetlenia. U mnie zaczęłam od miejsca, które naprawdę było problematyczne. I właśnie tak podchodzę do podobnych gadżetów z dyskontów. Najpierw konkretny kłopot, potem rozwiązanie. Odwrotna kolejność bardzo szybko kończy się szufladą pełną rzeczy, które miały być praktyczne, a nigdy ich nie używam. Tutaj sytuacja wygląda inaczej. Wieczorem nadal otwieram tę samą komodę, tylko już nie grzebię w niej po omacku. A Krzychu? Po pierwszym zdziwieniu przestał szukać kabla i zaczął zastanawiać się, gdzie zamontować drugą lampkę. I chyba właśnie to jest najlepszym podsumowaniem tego zakupu.