Coraz częściej łapię się na tym, że w domu wracam do tego, czym prały nasze mamy i babcie, bo nowoczesne środki są droższe, a wcale nie lepsze. Odplamiacz za 30 zł czy wybielacz za 20 zł często się nie sprawdzały i sięgałam po specyfiki innych producentów. Z każdą kolejną wyprawą po chemię do drogerii wracałam z wyrzutami sumienia, że znowu tyle wydałam. Sąsiadka Krysia, która pracowała 30 lat w pralni chemicznej, powiedziała mi kiedyś, że tak naprawdę najlepiej sprawdza się... szare mydło. Tak, ta zwykła kostka dostępna w każdej drogerii czy markecie. Zaczęłam próbować i po miesiącu muszę przyznać jej rację. Przypomniałam sobie też, że taki patent stosowała też moja babcia.
Kołnierzyki koszul męża żółte od potu Szare mydło załatwiło sprawę
W moim domu największe pole do popisu ma szare mydło w przypadku prania białych koszul męża. Jego kołnierzyki po pół dnia w biurze wyglądają nieciekawie. Nie ma znaczenia, czy prałam je w płynie za 45 zł, czy w innym specyfiku z droższej nawet drogeryjnej półki. Kilka razy w tygodniu wyciągam szara kostkę, moczę pod ciepłą wodą, pocieram nią kołnierzyk w miejscach żółtych plam i zostawiam na 10 minut. Potem wrzucam koszulę do pralki jak zawsze, na programie w 40 stopniach, bez żadnego dodatkowego odplamiacza. Efekt widać od razu po wyjęciu z bębna: kołnierzyk jest równo biały, tak jak w dniu, w którym mąż kupił tę koszulę w sklepie. Ta sama metoda działa na plamy z długopisu na kieszonce koszuli syna, na tłuszcz z zupy na białym obrusie, czy na wieczne plamy pod pachami wszystkich moich białych bluzek.
Zobacz także:
fot. Raychan / Unsplash
Zamiast 4 różnych butelek trzymam 1 kostkę w łazience. Wystarcza mi na 2 miesiące
Do tej pory w mojej pralni stały różne odplamiacze. Kiedy któryś się skończyła, biegłam do drogerii po kolejne specyfiki. Odkąd sięgnęłam po szare mydło, jedna kostka za 3 zł stoi u mnie w łazience na tacce i wystarcza mi na 2 miesiące, a czasem i dłużej. Piorę nią zabrudzone ubrania dziecka, firanki, które zbierają kurz z okna, i przecieram nią kołnierzyki koszul męża, zanim wpadną do bębna pralki. Do tego myję nią ręce po sprzątaniu, bo działa lepiej niż zwykłe mydło toaletowe, a wcale nie wysusza mi rąk. Za 3 zł mam produkt, który zastępuje drogie środki drogeryjne, i naprawdę nie tracę na tym niczego prócz miejsca w koszyku na chemię gospodarczą. Warto w tym miejscu także wspomnieć, że moje pranie pachnie jak sycylijska pomarańcza, a nie używam płynu. Robię 1 rzecz jak koleżanka Włoszka.
Nie jest tłuste, nie śmierdzi jak kiedyś, tylko pachnie po prostu czystością
Kiedy myśli się o szarym mydle, przypomina się pewnie ta twarda, brązowa kostka, którą babcia trzymała w miedzianej misce, i która pachniała jak stara łazienka na letniej działce. Nowoczesne szare mydło już nie jest takie. Kupiłam ostatnio kostkę w Biedronce i pachnie po prostu czystością, bez naftaliny, bez tego charakterystycznego zapachu tłuszczu. Jest ładnie zapakowane w papierowe pudełko, wygląda jak dobry kosmetyk z aptecznej półki. Nie wysusza mi skóry na rękach i absolutnie nie uczula. Często producenci dorzucają do składu olej z konopi albo rumianek, dzięki czemu kostka jest łagodna dla wrażliwej skóry.
fot. Engin Akyurt / Unsplash
3 zł za sposób, który przetrwał 60 lat. Firmowe środki go nie dogonią
Zaczęłam liczyć, ile miesięcznie oszczędzam dzięki temu, że zamiast odplamiaczy i wybielaczy kupuję szarą kostkę za 3 zł. Wychodzi mi około 100 zł miesięcznie, czyli 1200 zł rocznie. Za tę samą kwotę mogłabym kupić drugą suszarkę do prania. Sąsiadka Krysia z pralni miała rację, kiedy powiedziała mi zaletach szarego mydła. 60 lat temu prały w nim moje babcie, 30 lat temu prały moje matki, ja piorę dzisiaj, dzięki temu oszczędzając pieniądze i nerwy. Kupiłam już 3 sztuki na zapas. Mama śmieje się, że wracam do PRL, ale wiem, że sama wróciła do tego patentu. A, czy wiesz, że nie oddaję dywanu do pralni? Ten domowy patent sprawia, że jest czysty i pachnący. Polecam serdecznie.
Obserwuj nas na Google







