W czasach PRL-u wizyta duszpasterska miała zupełnie inny charakter niż dziś. Kolęda była nie tylko wydarzeniem religijnym, ale też rodzinnym rytuałem, do którego przygotowywało się przez wiele dni. Cała rodzina gromadziła się w odświętnym pokoju, by wspólnie przyjąć księdza, który – oprócz modlitwy i błogosławieństwa – potrafił też zadawać bardzo konkretne pytania o życie domowników. Dziś wiele z tamtych zwyczajów byłoby nie do pomyślenia.
Jak wyglądała kolęda w PRL-u?
Kolęda w czasach PRL-u miała zupełnie inny wymiar niż dziś. Była wydarzeniem, które się celebrowało – niemal rytuałem wpisanym w życie całej wspólnoty. Katolicki publicysta Marek Zając wspomina, że „była świętem, na które się czekało i do którego się przygotowywało”. W domach panowała wtedy szczególna atmosfera – wysprzątane mieszkania, na stole obowiązkowo biały wykrochmalony obrus, krzyż, woda święcona, kropidło i Pismo Święte.
Zobacz także:
Wszystko musiało wyglądać idealnie, bo na księdza czekała cała rodzina – czasem nawet trzy pokolenia zasiadały wspólnie w najbardziej eleganckim pokoju. Nie było przypadków, że ktoś „nie miał czasu” albo „nie zdążył posprzątać”. Przyjęcie księdza było nie tylko obowiązkiem religijnym, ale też kwestią wizerunku – pokazania się z jak najlepszej strony.
W PRL-u kolęda to było coś więcej niż tylko formalność. W tamtych realiach, gdy wiele działań Kościoła było ograniczanych przez państwo, wizyta duszpasterska niosła za sobą ogromny ładunek emocjonalny. Dla wielu była okazją do pokazania, że mimo wszystko trwają przy wierze, a dla dzieciaków – momentem pełnym ekscytacji i ciekawości. Nie było wtedy zapisów na kolędę ani harmonogramów. Ksiądz po prostu chodził „od góry do dołu”, a rodzina wiedziała, którego dnia może się go spodziewać.
Kiedy wszystko zaczęło się zmieniać?
Po 1989 roku kolęda zaczęła się zmieniać. Coraz rzadziej była wydarzeniem, na które czeka się z niecierpliwością. Z czasem pojawiły się listy zapisów, a w niektórych parafiach kolędę zaczęto rozkładać na dwie tury – zimową i po feriach. Rodziny niekoniecznie czekały już razem – jak zauważa Marek Zając: „Nieraz rodzinę reprezentowała np. jedna osoba dorosła. Tłumaczyła, że reszta w pracy, na drugim etacie, na drugiej zmianie, dzieci na zajęciach dodatkowych”. Do tego – mniej przygotowań. „Już nie zawsze było tak wysprzątane; ludzie nie mieli czasu, siły ani ochoty celebrować kolędy”, mówi Zając.
Zmiany czasami były widoczne nawet w detalach – brakowało wody święconej, kropidła czy krzyża. Dlatego ministranci często nosili ze sobą „zestaw ratunkowy” – jak to ujął Zając, „w naszym żargonie nazywany „małym księdzem”. Równolegle pojawiło się coś nowego – odmowy. Coraz więcej ludzi zaczęło z różnych powodów rezygnować z przyjmowania księdza. Niekoniecznie z niechęci – czasem zwyczajnie z braku potrzeby, czasu albo energii. Kolęda zaczęła funkcjonować bardziej jako wybór niż jako obowiązek.
Wizyta, która czasem przypominała kontrolę
Dla kogoś, kto przyjmuje księdza w 2026 roku, wiele rzeczy z czasów PRL-u może brzmieć jak opowieść z innej planety. Marek Zając przypomina, że kiedyś kolęda miała także inny, bardziej... kontrolny charakter. „Księża przede wszystkim mieli poznać wiernych, a złośliwi mogą dodać… i ich skontrolować” – mówi publicysta. Podczas wizyty duszpasterskiej ksiądz nie tylko błogosławił dom, ale też zabierał ze sobą kwestionariusz osobowy. „Bez żenady wyjmował w każdym domu i sprawdzał, czy aktualny stan osobowy zgadza się z tym sprzed roku”. Pytał o wszystko – o szkołę, pracę, studia – i nanosił zmiany do kartoteki.
To nie był czas na wymijające odpowiedzi. „Pytał o to wszystko i nikomu nie przychodziło do głowy nie odpowiadać. To naprawdę był inny świat”, zauważa Zając. Tego typu kolęda bywała trudna nie tylko dla mieszkańców, ale też dla samych księży. „W niektórych domach wizyta duszpasterska była męką. I dla księdza. I dla ludzi – dodał”.
Z dzisiejszej perspektywy trudno wyobrazić sobie, by ksiądz w czasie kolędy otwarcie wypytywał o życie osobiste, zaglądał do dokumentów parafialnych i aktualizował dane rodzinne jak urzędnik. Dziś kolęda ma raczej charakter symboliczny, często skrócony do minimum – kilka słów, modlitwa, błogosławieństwo. Ale jeszcze nie tak dawno była jednym z ważniejszych momentów w życiu katolickiej rodziny – z całą swoją powagą, celebracją i obowiązkowością.









