Jeszcze do niedawna każda fala upałów oznaczała dla mnie codzienne bieganie z konewką. Mimo regularnego podlewania ziemia szybko wysychała, a rabaty wyglądały coraz gorzej. Wszystko zmieniło się, gdy wypróbowałam prostą metodę stosowaną od pokoleń w Azji. Nie potrzebowałam drogich nawozów ani chemicznych preparatów – wystarczyło inaczej podejść do ściółkowania. Efekt zauważyła nawet moja teściowa, która podczas ostatniej wizyty nie mogła uwierzyć, że rośliny wyglądają tak dobrze mimo letnich upałów.
To nie jest zwykłe ściółkowanie. W tej metodzie wszystko robi się odwrotnie
Przez lata wydawało mi się, że ściółkowanie wygląda zawsze tak samo. Wystarczy rozsypać korę, słomę albo skoszoną trawę na powierzchni ziemi i gotowe. Faktycznie taka warstwa ogranicza wyrastanie chwastów i pomaga zatrzymać wilgoć, ale z czasem zauważyłam, że podczas silnych wiatrów ściółka się przemieszcza, a w największe upały gleba i tak szybko przesycha. Szukając innych rozwiązań, natrafiłam na metodę określaną jako ściółkowanie azjatyckie lub odwrotne. Ten trend przyszedł do nas z Japonii. Początkowo brzmiało to dość dziwnie, bo zamiast zostawiać materiał organiczny na wierzchu, umieszcza się go pod cienką warstwą ziemi. Pomyślałam, że nie mam nic do stracenia i postanowiłam wypróbować ten sposób na jednej z rabat.
Zobacz także:
Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak niewiele potrzeba. Nie kupowałam żadnych specjalistycznych produktów. Wykorzystałam lekko przeschniętą trawę po koszeniu trawnika oraz trochę dojrzałego kompostu. Wszystko miałam pod ręką. Kiedy teściowa przyszła obejrzeć ogród kilka tygodni później, pierwsze pytanie brzmiało: "Czym ty to nawoziłaś?". Uśmiechnęłam się tylko, bo tym razem sekret nie tkwił w nawozie, ale w sposobie przygotowania podłoża.
fot. Adobe Stock | 7monarda
Pod ziemią powstaje naturalna spiżarnia dla roślin. Mikroorganizmy wykonują całą pracę za mnie
Największa różnica polega na kolejności układania warstw. Najpierw przygotowuję grządkę – usuwam chwasty, delikatnie spulchniam ziemię i, jeśli jest sucho, podlewam ją. Następnie rozkładam cienką warstwę materiału organicznego. Może to być skoszona trawa, słoma, kompost albo suche liście. Dopiero później całość przykrywam kilkucentymetrową warstwą ziemi. Powstaje coś w rodzaju naturalnej kanapki. Ściółka nie leży na powierzchni, lecz znajduje się tam, gdzie pracują bakterie, grzyby glebowe i dżdżownice.
Chcesz więcej praktycznych porad ogrodniczych? To też warto sprawdzić: Odkryłam to 2 lata temu i od tamtej pory mam piękny trawnik bez koszenia. Kosiarkę opchnęłam na OLX
To właśnie one zaczynają rozkładać materię organiczną znacznie szybciej niż wtedy, gdy leży ona na wierzchu. Dzięki temu stopniowo powstaje próchnica, która poprawia strukturę gleby, magazynuje wodę i dostarcza roślinom cennych składników odżywczych. Po kilku tygodniach zauważyłam, że ziemia stała się bardziej pulchna. Nawet po kilku gorących dniach nie była twarda jak beton. Gdy wsadzałam palec kilka centymetrów pod powierzchnię, podłoże nadal pozostawało wilgotne.
Podlewam rzadziej, a rośliny wyglądają lepiej. Najbardziej polubiły tę metodę warzywa i byliny
Największą zaletą odwrotnego ściółkowania okazało się dla mnie zatrzymywanie wilgoci. Latem nie muszę już codziennie biegać z wężem ogrodowym. Oczywiście nadal podlewam ogród, ale robię to zdecydowanie rzadziej. Świetnie zareagowały przede wszystkim pomidory. W poprzednich sezonach podczas upałów liście często więdły już w południe. Teraz znacznie dłużej pozostają jędrne, a owoce dojrzewają równomiernie.
Podobnie było z ogórkami i cukiniami. To rośliny, które uwielbiają wilgotną ziemię, dlatego każda metoda ograniczająca parowanie działa na ich korzyść. Zauważyłam też, że gleba wokół nich nie zbija się tak szybko i łatwiej utrzymuje odpowiednią strukturę. Na rabatach ozdobnych różnica również była widoczna. Byliny lepiej znosiły wysokie temperatury, a ziemia nie pękała po kilku dniach bez deszczu. Dodatkowo ściółka ukryta pod ziemią nie rozwiewała się podczas silniejszych podmuchów wiatru, co wcześniej zdarzało się regularnie. Nie oznacza to oczywiście, że metoda całkowicie zastępuje podlewanie czy nawożenie. To raczej sposób na to, aby woda i składniki odżywcze były wykorzystywane znacznie efektywniej. Rośliny mają bardziej stabilne warunki wzrostu, a ja mogę poświęcić mniej czasu na codzienną pielęgnację.
Najlepsze jest to, że nic nie kosztuje. Wystarczy wykorzystać to, co i tak trafiałoby na kompost
Jednym z powodów, dla których tak polubiłam tę metodę, jest jej prostota. Nie kupuję specjalnych preparatów ani drogich nawozów. Wykorzystuję materiały, które wcześniej często lądowały na kompostowniku lub były wyrzucane. Po koszeniu trawnika zostawiam część lekko przeschniętej trawy właśnie z myślą o rabatach. Jesienią zbieram opadłe liście, a kompost dojrzewający w ogrodzie także świetnie sprawdza się jako warstwa organiczna. To rozwiązanie wpisuje się również w ideę ogrodnictwa bez zbędnej chemii. Natura sama wykonuje większość pracy. Mikroorganizmy rozkładają materiał organiczny, dżdżownice spulchniają ziemię, a gleba z sezonu na sezon staje się coraz żyźniejsza.
Od kiedy stosuję azjatyckie ściółkowanie, ogród wymaga ode mnie mniej wysiłku, a wygląda lepiej niż wcześniej. Nawet osoby, które odwiedzają mnie tylko od czasu do czasu, zauważają różnicę. Teściowa do dziś wspomina tamtą wizytę i już zapowiedziała, że w przyszłym sezonie sama wypróbuje ten sposób na swoich rabatach. Wcale się jej nie dziwię – skoro można mieć zdrowsze rośliny, wilgotniejszą glebę i mniej pracy bez wydawania ani złotówki, trudno znaleźć argument, żeby choć raz nie dać tej metodzie szansy.

Obserwuj nas na Google







