Kiedy babcia mówiła mi, że kiedyś do prania wykorzystywało się to, co rosło niemal pod ręką, traktowałam jej opowieści jak ciekawostkę z dawnych czasów. Ostatnio przypomniałam sobie o jej sposobie z bluszczem i zaczęłam szukać informacji w sieci. Okazuje się, że ten niepozorny patent znów zdobywa popularność. Wypróbowałam go na dwa sposoby i teraz zupełnie inaczej patrzę na zielone pnącze rosnące w ogrodzie.

Babcia mówiła mi o tym lata temu, a ja puszczałam jej słowa mimo uszu. Teraz ten stary patent z bluszczem znowu robi się modny

Bluszcz przez większość życia był dla mnie po prostu rośliną ozdobną. Piął się po murach, obrastał ogrodzenia i pozostawał zielony nawet wtedy, gdy ogród tracił już wszystkie kolory. Dopiero po latach wróciło do mnie wspomnienie babcinego triku na wykorzystanie jego liści podczas prania. Z ciekawości zaczęłam szukać informacji w internecie i szybko odkryłam, że nie jest to wyłącznie zapomniana domowa sztuczka. W sieci można znaleźć coraz więcej inspiracji dotyczących prania bluszczem, a podobne rozwiązanie od lat jest znane m.in. w Niemczech i Austrii. Sekret kryje się w saponinach, czyli naturalnie występujących związkach powierzchniowo czynnych. W kontakcie z wodą mogą się pienić i pomagają usuwać tłuszcz oraz zabrudzenia z tkanin.

Zobacz także:

Liście bluszczu zawierają około 2-6 proc. saponin, dlatego do jednego prania wystarcza niewielka garść i tanie pranie gotowe. Dla mnie największą zaletą okazała się dostępność. Bluszcz pospolity jest zimozielony, więc nie trzeba czekać na konkretną porę roku, jak w przypadku domowych środków przygotowywanych chociażby z kasztanów. Jeśli rośnie we własnym ogrodzie, taki „detergent” właściwie nic nie kosztuje. Oczywiście nie oznacza to, że całkowicie wyrzuciłam z domu klasyczny proszek. Bluszcz traktuję raczej jako ciekawą alternatywę do części zwykłego prania, np. kiedy wrzucam do pralki ręczniki. Dzięki temu opakowanie detergentu wystarcza mi na dłużej, a stary patent babci okazał się bardziej praktyczny, niż kiedykolwiek przypuszczałam.

@rytualnabotanika To może zaskakujące, ale to właśnie liście bluszczu mogą posłużyć jako naturalny płyn do prania. A to wszystko za sprawą saponin, które w kontakcie z wodą pienią się i posiadają właściwości czyszczące. 👉Dobrze sprawdzi się do prania delikatnych, naturalnych tkanin. 👉Raczej nie poradzi sobie z mocnymi zabrudzeniami. 👉Jego termin przydatności jest krótki, dlatego najlepiej zużywać go na bieżąco. 👉Jest biodegradowalny i przyjazny dla środowiska. •Płyn do prania z bluszczu• #bluszcz#plyndoprania#plynzbluszczu#przepis ♬ Lights Are On - Instrumental - Edith Whiskers

Najprostszy sposób zajmuje mi dosłownie chwilę. Zgniatam liście, pakuję do starej skarpetki i wrzucam razem z ubraniami

Pierwszy wariant spodobał mi się najbardziej, bo właściwie nie wymaga przygotowań. Zrywam około 10-15 liści bluszczu, dokładnie płuczę je pod bieżącą wodą, a następnie rozrywam i lekko zgniatam. Chodzi o to, żeby naruszyć ich strukturę i ułatwić uwalnianie zawartych w nich związków. Potem biorę czystą, niepotrzebną skarpetkę, wkładam liście do środka i mocno ją zawiązuję. Można wykorzystać również specjalną siateczkę do prania. Tak przygotowany pakunek trafia prosto do bębna razem z ubraniami. Według opisywanej metody szczególnie dobrze sprawdzają się programy od 40 stopni, ponieważ podczas prania saponiny uwalniają się z liści do wody.

Szukasz ciekawych metod ułatwiających sprzątanie? To też warto sprawdzić: Weź z kuchni i wlej do kawy. Kabina prysznicowa będzie lśniła jak za nowości, to kosztuje grosze

Za pierwszym razem podchodziłam do tego z dużą rezerwą. Wrzucanie liści do pralki brzmi przecież jak coś pomiędzy babciną poradą a internetowym eksperymentem. Po kilku próbach najbardziej doceniłam jednak prostotę całej metody. Nie odmierzam proszku, nie rozsypuję go wokół szufladki i nie potrzebuję żadnego specjalistycznego sprzętu. Po zakończeniu programu wyciągam skarpetkę z liśćmi i wyrzucam jej zawartość. Tę metodę wybieram przede wszystkim do zwykłych, niezbyt mocno zabrudzonych rzeczy. Trzeba bowiem pamiętać, że saponiny nie mają wszystkich właściwości współczesnych detergentów – nie zawierają choćby składników wybielających, dlatego przy białych ubraniach nie liczyłabym na taki sam efekt jak po specjalistycznym proszku.

Kiedy mam więcej czasu, przygotowuję z liści domowy płyn. Gorąca woda wyciąga saponiny, a gotowy roztwór wlewam do pralki

Drugi sposób wymaga trochę więcej zachodu, ale lubię go za to, że przed uruchomieniem pralki mam już przygotowany płyn. Umyte i rozdrobnione liście wkładam do naczynia, zalewam gorącą wodą i pozwalam im się porządnie zaparzyć. Można też przygotować mocniejszy wywar, podgrzewając liście w wodzie, a następnie pozostawiając całość do wystudzenia i naciągnięcia. Jest też jeszcze wersja, w której liście zalewa się wrzątkiem w słoiku i pozostawia na noc. Następnego dnia wystarczy przecedzić płyn przez sitko, żeby żaden fragment rośliny nie trafił do pralki, a uzyskany roztwór wlać do przegródki na detergent. Ten wariant jest szczególnie ciekawy przy krótszych programach i niższych temperaturach, ponieważ saponiny zostały już wcześniej uwolnione do wody.

Sama zwracam uwagę na wygląd płynu – po odpowiednim czasie woda staje się lekko mętna. Nie przygotowuję też ogromnego zapasu na wiele tygodni. Wolę zrobić niewielką ilość na bieżąco. Jest jeszcze jedna rzecz, o której warto wiedzieć przed zamianą proszku na ogrodowe liście. Klasyczne detergenty często zawierają dodatkowe składniki, których sam bluszcz nie zapewnia, np. substancje pomagające przy twardej wodzie. Bluszcz nie wybiela też tkanin. Dlatego u mnie najlepiej sprawdza się zasada złotego środka – raz korzystam z domowego rozwiązania, innym razem piorę klasycznie. W ten sposób mogę ograniczyć zużycie kupnego detergentu, ale nie oczekuję od kilku liści, że zastąpią każdy specjalistyczny produkt do prania.

Jest jednak jedna rzecz, której babcia zawsze pilnowała. Bluszcz nadaje się do prania, ale nie jest niewinnym ziółkiem

Naturalny nie zawsze oznacza całkowicie obojętny dla człowieka i w przypadku bluszczu zdecydowanie trzeba o tym pamiętać. Roślina jest trująca po spożyciu, dlatego liści, przygotowanego wywaru ani resztek po praniu nie należy zostawiać w miejscu dostępnym dla dzieci czy zwierząt. Domowego płynu nigdy nie przelewam też do butelki po wodzie, soku czy innym napoju, bo ktoś mógłby pomylić zawartość. Po przygotowaniu liści dokładnie myję ręce. Ja zaczynałam też od zwykłych rzeczy, na których mogłam bez stresu sprawdzić efekt, zamiast od razu eksperymentować z ulubioną jedwabną bluzką czy delikatną wełną. W przypadku wartościowych i wymagających tkanin zawsze lepiej trzymać się zaleceń producenta odzieży. Po swoich próbach rozumiem jednak, dlaczego ten babciny patent ponownie krąży po internecie. Jest prosty, bluszcz można znaleźć przez większą część roku, a jeśli mamy go we własnym ogrodzie, koszt pojedynczego prania jest symboliczny.