Jesienny wieczór potrafi całkowicie zmienić moje spojrzenie na mieszkanie. Latem niemal do późna korzystam z naturalnego światła i właściwie nie zastanawiam się, jak wygląda salon po zmroku. We wrześniu sytuacja zaczyna się zmieniać. Wracam do domu, za oknem szaro, a ja mam ochotę otoczyć się ciepłymi kolorami, miękkimi tkaninami i łagodniejszym światłem. Nie planuję przy tym kosztownego remontu. Zaczęłam raczej podpatrywać proste rozwiązania ze skandynawskich wnętrz, w których nawet bardzo oszczędnie urządzony pokój potrafi wyglądać niezwykle przytulnie. Tak trafiłam na propozycję z Sinsay.
Jesienią mam ochotę zamienić salon w znacznie przytulniejsze miejsce. Zaczęłam więc podpatrywać proste rozwiązania ze skandynawskich wnętrz
Kiedy jesień się zbliża, a za oknem robi się chłodno i mokro, moje potrzeby dotyczące mieszkania zmieniają się niemal automatycznie. Latem zależy mi przede wszystkim na lekkości. Chowam część tekstyliów, odsłaniam okna i chcę wpuścić do środka jak najwięcej dziennego światła. Jesienią zaczynam działać dokładnie odwrotnie.
Zobacz także:
Na kanapę wraca grubszy koc, pojawiają się miękkie poduszki, a wieczorem coraz częściej zamiast górnego światła włączam niewielkie lampy. Wcale nie potrzeba wielu nowych rzeczy. Najbardziej zależy mi na zmianie atmosfery, a tę można osiągnąć kilkoma prostymi sposobami. Właśnie dlatego zaczęłam szukać inspiracji w skandynawskich wnętrzach. Tam przytulność nie musi oznaczać pokoju zastawionego dekoracjami. Wręcz przeciwnie. Bardzo często widzę spokojne kolory, proste meble, naturalne materiały i kilka dobrze dobranych dodatków.
Największą uwagę zaczęłam zwracać właśnie na oświetlenie. Wcześniej traktowałam lampę przede wszystkim praktycznie. Ma być jasno i tyle. Tymczasem wieczorem ogromne znaczenie ma nie tylko ilość światła, ale też jego rozmieszczenie i barwa. Zamiast jednej mocnej lampy na suficie znacznie przyjemniej wygląda kilka mniejszych źródeł światła. Jedno przy kanapie, drugie na komodzie, kolejne w pobliżu fotela. I właśnie takiej lampy stojącej brakowało mi w salonie.
Skandynawskie wnętrza są proste, ale daleko im do chłodu i pustki. Naturalne materiały oraz kilka źródeł ciepłego światła budują ich przytulny charakter
Kiedy myślę o stylu skandynawskim, pierwsze przychodzą mi do głowy jasne kolory i drewno. To jednak tylko część całej układanki. W tych wnętrzach bardzo ważna jest funkcjonalność. Rzeczy nie muszą być przesadnie dekoracyjne, żeby dobrze wyglądały.
Dużą rolę odgrywają naturalne materiały i faktury. Drewno, wełniane koce, plecione kosze, len czy bawełniane tekstylia sprawiają, że proste pomieszczenie przestaje wyglądać surowo. Nie trzeba też wszystkiego kupować naraz. Drewniany stolik, miękki pled i neutralny dywan potrafią stworzyć dobrą bazę.
Jesienią najbardziej interesuje mnie jednak światło. Znaczenie ma nie tylko ogólny design, ale również barwa żarówki. Do stworzenia ciepłego, wieczornego klimatu wybieram światło o ciepłej barwie. Daje ono bardziej miękki efekt niż chłodna biel i dobrze komponuje się z beżami, brązami oraz drewnem. Właśnie taki efekt kojarzy mi się z miodową poświatą świec.
Przy lampach podłogowych podoba mi się jeszcze jedna rzecz. Mogę ustawić je dokładnie tam, gdzie brakuje mi światła. Przy sofie, fotelu albo w pustym rogu salonu. Nie trzeba niczego wiercić w ścianach ani zmieniać instalacji. Właśnie dlatego podczas ostatniego przeglądania nowości do domu szczególnie zainteresował mnie jeden model z Sinsay.
Smukłą lampę stojącą pasującą do skandynawskiego salonu znalazłam w nowościach Sinsay. Kosztuje tylko 119,99 zł
Lampa stojąca z Sinsay kosztuje 119,99 zł. Ma czarną, bardzo prostą konstrukcję i jasny cylindryczny klosz. Właśnie to połączenie zwróciło moją uwagę, bo nie wygląda ciężko i nie zajmuje wizualnie dużej części pokoju.
Model przeznaczony jest do salonu oraz sypialni. Wykonano go z poliestru, ABS, miedzi oraz stopu żelaza. Zasilany jest z gniazdka, a kabel ma 2 metry długości. Praktycznym drobiazgiem jest przełącznik umieszczony na kablu. Przy lampie stojącej ustawionej obok kanapy takie rozwiązanie może być wygodniejsze niż szukanie włącznika wysoko przy oprawie. Wszystko zależy oczywiście od tego, gdzie dokładnie ustawimy lampę.
fot. sinsay.com
Najważniejsza informacja w kontekście przytulnego wnętrza dotyczy jednak zalecanej temperatury barwowej. Sinsay podaje zakres od 2700 do 3000 K. To ciepłe światło, które zdecydowanie bardziej pasuje mi do jesiennego salonu niż chłodna, biała poświata.
Podoba mi się również smukła forma lampy. Ma ona dokładnie ∅ 18 cm × 42,5 cm, więc podstawa nie zajmuje dużo miejsca, a pionowa konstrukcja pozwala wykorzystać pusty fragment podłogi przy kanapie lub fotelu. Przy niewielkim salonie ma to dla mnie spore znaczenie.
To również może cię zainteresować: Weszłam do Sinsay i przepadłam przy tych taniutkich zasłonach. Gruby welur trzyma ciepło, metaliczna paproć pięknie połyskuje
Najbardziej przekonuje mnie jednak to, że nie jest to typowo jesienna dekoracja. Kupując dynię czy sezonową figurkę, wiem, że za kilka tygodni prawdopodobnie schowam ją do pudełka. Prosta czarna lampa z jasnym kloszem może zostać w salonie przez cały rok.

Obserwuj nas na Google







