Jeszcze do niedawna co sezon kupowałam nowe pelargonie, nie zdając sobie sprawy, że najlepsze sadzonki mam dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wystarczy jeden prosty trik, który zajmuje kilka minut, by z jednej rośliny wyhodować kolejne bez wydawania ani grosza. Dzięki temu mój balkon i działka z roku na rok są coraz bardziej kolorowe, a znajomi nie mogą uwierzyć, że większość kwiatów powstała z pędów, które wiele osób po prostu wyrzuca. Dziś już nie wyobrażam sobie końcówki lata bez tego ogrodniczego patentu.
Nie wyrzucam najładniejszych pędów. To właśnie z nich powstają nowe pelargonie
Końcówka lata to dla mnie nie tylko czas podziwiania kwitnących pelargonii, ale również moment, w którym zaczynam myśleć o kolejnym sezonie. Zamiast wyrzucać zdrowe pędy podczas przycinania roślin, odkładam je na bok. Jeszcze kilka lat temu nie miałam pojęcia, że właśnie z nich można uzyskać nowe, silne sadzonki. Pelargonie należą do tych roślin, które wyjątkowo dobrze rozmnażają się przez sadzonki pędowe. Nie potrzeba specjalistycznego sprzętu ani drogich preparatów. Wystarczy zdrowa roślina mateczna, odrobina cierpliwości i znajomość kilku prostych zasad.
Zobacz także:
Najlepszym terminem na pobieranie sadzonek jest przełom sierpnia i września. Rośliny są wtedy w pełni sił, a wysokie temperatury i duża ilość światła sprzyjają szybkiemu ukorzenianiu. Młode pelargonie można następnie przezimować w jasnym, chłodnym pomieszczeniu, aby wiosną cieszyć się gotowymi do sadzenia okazami. Drugim dobrym terminem jest koniec zimy oraz początek wiosny. Wtedy wykorzystuje się rośliny, które przetrwały zimę w domu. Po przeniesieniu ich do cieplejszego pomieszczenia i rozpoczęciu regularnego podlewania szybko wypuszczają młode pędy idealne do rozmnażania.
fot. Adobe Stock | Aygul Bulté
Sekret tkwi w jednej czynności. Większość osób pomija ją i później dziwi się, że sadzonki gniją
Największy błąd popełniałam właśnie na początku. Odcinałam pęd i od razu wkładałam go do ziemi. Efekt? Po kilku dniach łodyga czerniała, a zamiast korzeni pojawiała się pleśń. Dziś wiem, że najważniejszy etap trwa... zaledwie kilka godzin. Najpierw wybieram mocny, zdrowy, niekwitnący pęd o długości około 8–10 centymetrów. Odcinam go ostrym, zdezynfekowanym nożem tuż pod miejscem, z którego wyrasta liść. Unikam używania tępego sekatora, bo zmiażdżona tkanka znacznie gorzej się regeneruje.
Interesują cię porady ogrodnicze? W takim razie to też warto sprawdzić: Mój balkon wygląda jak bordowa chmura kwiatów, choć u sąsiadek sezon już się skończył. Posadź hit z PRL-u jeszcze w sierpniu
Następnie usuwam wszystkie dolne liście, pozostawiając jedynie dwa lub trzy na samym czubku. Jeśli na pędzie znajdują się pąki kwiatowe, również je odrywam. Dzięki temu roślina nie będzie traciła energii na kwitnienie, lecz skupi się na budowie korzeni. I właśnie wtedy stosuję trik, który zmienił wszystko. Odkładam sadzonkę na około dwie lub trzy godziny w zacienione miejsce. Rana po cięciu delikatnie zasycha, tworząc naturalną warstwę ochronną. To właśnie ona skutecznie ogranicza ryzyko gnicia po umieszczeniu pędu w ziemi. Ten prosty patent sprawia, że ukorzenianie przebiega znacznie sprawniej niż wtedy, gdy świeżo odcięty pęd od razu trafia do podłoża.
Ukorzeniacz nie jest obowiązkowy. W kuchni mam naturalne zamienniki, które świetnie sobie radzą
Kiedy końcówka pędu lekko przeschnie, zanurzam ją w ukorzeniaczu. Jeśli akurat nie mam gotowego preparatu, sięgam po domowe rozwiązania. Dobrze sprawdza się zwykły cynamon, który ma właściwości przeciwgrzybicze, albo odrobina miodu rozpuszczonego w wodzie. Takie naturalne metody pomagają zabezpieczyć sadzonkę przed infekcjami. Pelargonie najlepiej ukorzeniają się w lekkim, przepuszczalnym podłożu. Najczęściej wykorzystuję mieszankę torfu z perlitem lub piaskiem. Pęd umieszczam na głębokości około trzech centymetrów i delikatnie dociskam ziemię.
Niektórzy wolą ukorzeniać pelargonie w wodzie. To również możliwe, zwłaszcza w przypadku odmian rabatowych. Warto wtedy wrzucić do słoiczka rozkruszoną tabletkę węgla aktywnego, która ogranicza rozwój bakterii i zapobiega psuciu się wody. Doniczki ustawiam w jasnym miejscu, ale z dala od bezpośredniego słońca. Temperatura około 20–22 stopni sprzyja szybkiemu tworzeniu korzeni. Aby utrzymać odpowiednią wilgotność powietrza, czasami przykrywam sadzonki przezroczystą butelką lub folią z niewielkimi otworami wentylacyjnymi. Codziennie jednak zdejmuję osłonę na kilka minut, żeby zapewnić cyrkulację powietrza. Najważniejsze jest umiarkowane podlewanie. Pelargonie zdecydowanie lepiej znoszą lekkie przesuszenie niż przelanie.
Po kilku tygodniach mam gotowe rośliny. Wiosną nie wydaję ani złotówki na nowe pelargonie
Pierwsze korzenie zwykle pojawiają się po dwóch lub trzech tygodniach. Gdy sadzonki dobrze się przyjmą, zaczynają wypuszczać nowe liście, co jest najlepszym sygnałem, że cały proces zakończył się sukcesem. Wiosną wystarczy uszczknąć wierzchołki młodych roślin, aby zaczęły się rozkrzewiać. Dzięki temu każda pelargonia tworzy gęstą, pełną kwiatów kępę, która przez całe lato zachwyca wyglądem. To jeden z tych ogrodniczych trików, który naprawdę pozwala sporo zaoszczędzić. Zamiast kupować co roku kolejne sadzonki, wykorzystuję to, co już mam. Z jednej dorodnej pelargonii można przygotować kilka nowych roślin, a z każdą kolejną wiosną kolekcja staje się coraz większa.
Nic więc dziwnego, że mój balkon i działka dosłownie toną w kwiatach. Największą satysfakcję daje jednak świadomość, że większość z nich wyrosła z pędów, które wiele osób bez zastanowienia wyrzuciłoby do kosza. Czasem wystarczy naprawdę niewiele, by stworzyć kwitnącą aranżację bez wydawania ani jednej złotówki.

Obserwuj nas na Google







