Każda posiadaczka chłodnego blondu zna chyba ten moment: od wizyty u fryzjera minęło trochę czasu, piękny odcień gdzieś się ulotnił, a w lustrze coraz mocniej przebijają żółtawe refleksy. Sama wtedy odruchowo zaczynam myśleć o kolejnej wizycie w salonie. W Rossmannie znalazłam jednak maskę Alama S.O.S Color & Go Silver za 35,99 zł, która według producenta ma neutralizować żółte refleksy na włosach blond, jasnych i siwych. Nie jest trwałą farbą, a czas aplikacji wynosi zaledwie 3–5 minut, dlatego traktuję ją przede wszystkim jako sposób na szybkie odświeżenie koloru pomiędzy wizytami u fryzjera.
Po kilku tygodniach mój chłodny blond zaczyna skręcać w stronę jajka. Zamiast od razu siadać na fotelu fryzjerskim, próbuję ratować się w domu
Blond jest piękny, ale potrafi być wymagający. Szczególnie gdy zależy mi na chłodniejszym odcieniu, bo z czasem we włosach mogą zacząć być bardziej widoczne cieplejsze, żółtawe refleksy. I właśnie tutaj pojawia się Alama S.O.S Color & Go z Rossmanna w wersji Silver. To maska koloryzująca, a właściwie tonująca, przeznaczona do włosów blond, jasnych i siwych. Producent podkreśla, że kosmetyk nie farbuje włosów na stałe, lecz wykorzystuje pigmenty tonizujące, aby odświeżyć ich wygląd i podkreślić kolor.
Zobacz także:
Srebrzysty odcień ma pomagać w neutralizowaniu żółtych refleksów, a przy okazji formuła ma nadawać włosom blask. Dla mnie ważne jest właśnie rozróżnienie pomiędzy tonowaniem a koloryzacją permanentną. Nie oczekiwałabym, że maska za 35,99 zł zastąpi profesjonalne rozjaśnianie, naprawi źle wykonaną koloryzację albo da identyczny efekt jak toner dobrany przez fryzjera. Widzę ją raczej jako kosmetyczne pogotowie pomiędzy kolejnymi wizytami – szczególnie wtedy, gdy sam kolor nadal mi odpowiada, ale zaczyna robić się zbyt ciepły. Efekt będzie przy tym zależał od wyjściowego koloru, kondycji i porowatości włosów, więc na jednej głowie może być bardziej widoczny, a na innej znacznie subtelniejszy.
fot. rossmann.pl
Najbardziej przekonało mnie to, że nie muszę rezerwować sobie połowy wieczoru na domową koloryzację. Producent zaleca pozostawić maskę na włosach tylko przez 3–5 minut
Cały rytuał jest prosty. Zgodnie z instrukcją maskę należy nałożyć na umyte i osuszone ręcznikiem włosy, omijając skórę głowy. Przy aplikacji trzeba używać rękawiczek ochronnych, co przy kosmetyku zawierającym pigmenty zdecydowanie ma sens – nie chcę przecież odświeżać koloru włosów kosztem zabarwionych dłoni. Następnie maskę pozostawia się na 3–5 minut i dokładnie spłukuje. To właśnie ten krótki czas działania sprawił, że produkt zwrócił moją uwagę. Nie muszę planować całego popołudnia, przygotowywać domowego salonu fryzjerskiego ani spędzać godziny z ręcznikiem na ramionach.
Chcesz więcej kosmetycznych porad? To też warto sprawdzić: Droga sprzedawczyni z Action! Zawsze będę ci wdzięczna za ten „złoty” olejek za 13,49 zł. Efekt jak po NUXE za 173 zł, pachnie jak perfumy
Mogę włączyć maskę do zwykłego mycia włosów, kiedy zauważę, że blond potrzebuje odświeżenia. Nie przedłużałabym jednak samodzielnie czasu aplikacji w nadziei na mocniejszy rezultat. Przy produktach tonujących więcej nie zawsze znaczy lepiej, a chłodne pigmenty mogą zachowywać się inaczej na mocno rozjaśnionych czy porowatych partiach włosów. Rozsądniej trzymać się instrukcji producenta, a przy pierwszym użyciu obserwować, jak moje włosy reagują na kosmetyk. To szczególnie istotne, jeśli końcówki są bardzo jasne albo nierównomiernie rozjaśnione.
Za 3 dyszki mam świetny efekt. Pomiędzy koloryzacjami wystarcza
Największą zaletą takiej maski jest dla mnie możliwość szybkiej korekty wyglądu włosów bez sięgania od razu po trwałą farbę. Kiedy blond zaczyna wydawać mi się zbyt żółty, nie zawsze potrzebuję przecież kolejnego rozjaśniania czy pełnej koloryzacji. Czasem chodzi tylko o wizualne ochłodzenie refleksów. Właśnie do tego producent przeznaczył srebrzystą wersję Alama S.O.S Color & Go. Kosmetyk ma tonować i odświeżać kolor oraz nadawać włosom blask, a efekt nie jest permanentny. To oznacza również, że nie należy oczekiwać trwałości właściwej farbie – pigment będzie stopniowo wypłukiwał się podczas kolejnych myć.
Dla mnie akurat jest to zaleta, bo mogę potraktować maskę jako rozwiązanie pomiędzy wizytami w salonie, a nie decyzję na wiele tygodni. Jeśli moje włosy zaczynają wpadać w ten nielubiany przeze mnie „odcień jajka”, najpierw mogę dać sobie 3–5 minut w łazience i sprawdzić efekt tonowania. Fryzjer nadal pozostaje niezastąpiony przy rozjaśnianiu, większej zmianie koloru czy jego profesjonalnej korekcie, ale nie każdy cieplejszy refleks musi od razu oznaczać kolejną wizytę w salonie. A jeśli kosmetyk za 35,99 zł pozwoli mi po prostu dłużej cieszyć się odcieniem, który lubię, to właśnie takiego zadania od niego oczekuję.

Obserwuj nas na Google







