Jesienią mam jeden prosty rytuał: po powrocie do domu jak najszybciej gaszę główne światło. Zamiast mocnego blasku z sufitu wolę kilka niewielkich punktów, dzięki którym salon czy sypialnia od razu wydają się przytulniejsze. W Jysk wypatrzyłam lampkę JONNY za 35 zł, która idealnie wpisuje się w ten pomysł. Ma mlecznobiałą, obłą formę w stylu retro, działa na baterie, daje ciepłe światło i ma wyłącznik czasowy, więc można postawić ją nawet tam, gdzie nie ma gniazdka.

Wieczorem nie chcę czuć się jak pod jarzeniówką w biurze. Gaszę główne światło i od razu całe mieszkanie zmienia charakter

Kiedy dni robią się krótsze, znacznie większą uwagę zwracam na oświetlenie w domu. Latem praktycznie o nim nie myślę, bo jeszcze późnym wieczorem do środka wpada sporo naturalnego światła. Jesienią sytuacja zmienia się błyskawicznie. Wracam do domu, za oknem jest już szaro i pierwszym odruchem jest włączenie lampy sufitowej. Tyle że mocne, centralne światło zupełnie nie pasuje mi do wieczornego odpoczynku. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi oświetlenie punktowe, rozstawione w kilku miejscach – przy kanapie, na komodzie, parapecie czy stoliku nocnym.

Zobacz także:

Dla mnie chodzi przede wszystkim o komfort i atmosferę. JONNY z Jysk ma ciepłą barwę światła 2700 K, więc nie daje chłodnego, sterylnego efektu. To właśnie takie światło kojarzy mi się z jesiennym wieczorem, kocem, herbatą i spokojem po całym dniu. Lampka jest niewielka – według informacji sklepu ma około 15 cm średnicy i 18 cm wysokości – dlatego nie próbuje zastąpić dużej lampy stołowej. Traktuję ją raczej jak świetlną dekorację, która ma stworzyć nastrój. Mogę postawić ją w ciemniejszym kącie pokoju i wieczorem zamiast zalewać całe wnętrze światłem z sufitu, zbudować przyjemniejszy półmrok.

fot. jysk.pl

Lampka wygląda jak świetlny grzybek wyjęty z wnętrza z lat 70. Mleczna biel i obła forma sprawiają, że za 35 zł dostaję również ciekawą dekorację

W tej lampce najbardziej podoba mi się to, że nawet wyłączona nie wygląda jak przypadkowy gadżet. JONNY ma bardzo charakterystyczną sylwetkę – zaokrągloną podstawę i rozszerzającą się górną część, przez co przypomina trochę małego grzybka. Takie organiczne, miękkie formy od razu kojarzą mi się ze wzornictwem modern retro i inspiracjami latami 60. oraz 70. Jednocześnie mlecznobiały kolor uspokaja całość, dlatego lampka może odnaleźć się również we wnętrzu skandynawskim, soft minimalistycznym czy modern organic. Postawiłabym ją na drewnianej komodzie obok ceramicznego wazonu, kilku książek i niewielkiej tacy.

Chcesz więcej ciekawych inspiracji wnętrzarskich? To też warto sprawdzić: Miałam wolne tylko 43 cm w łazience, a „gratów" full. Kupiłam 3-poziomowy hit na kółkach za 70 zł z Pepco i miejsca jest aż nadto

W sypialni mogłaby stanąć przy łóżku, a w salonie na parapecie lub stoliku pomocniczym. Jesienią dobrze wyglądałaby również w otoczeniu ciemniejszego drewna, brązów, karmelu i miękkich tekstyliów. Nie potrzebuję wokół niej wielu ozdób, bo sama rzeźbiarska forma przyciąga wzrok. To ważne, szczególnie gdy mam niewielkie mieszkanie i nie chcę zastawiać każdej powierzchni dekoracjami. Za 35 zł dostaję więc jednocześnie niewielki punkt świetlny i przedmiot, który wygląda jak element wystroju. A kiedy jest włączony, mleczna powierzchnia dodatkowo podkreśla miękki charakter całej bryły. Właśnie takie rzeczy lubię najbardziej – proste, ale z jednym detalem, dzięki któremu nie są nudne.

Największy luksus? Mogę postawić ją dokładnie tam, gdzie mam ochotę, nawet jeśli w pobliżu nie ma kontaktu. Żadnego kabla wijącego się za komodą

To właśnie zasilanie bateryjne sprawiło, że zainteresowałam się JONNY jeszcze bardziej. Zwykła lampka stołowa jest zawsze w pewnym stopniu zakładnikiem gniazdka. Jeśli chcę postawić ją na półce po drugiej stronie pokoju, zaczyna się kombinowanie z przedłużaczem, ukrywaniem przewodu albo zmianą całej koncepcji. Tutaj ten problem znika. Model JONNY działa na 3 baterie AAA, więc mogę przestawiać go zależnie od potrzeb. Jednego wieczoru lampka stoi na komodzie, następnego może trafić na stolik pomocniczy przy fotelu, a później na parapet. Taka mobilność przydaje się również w miejscach, w których dostęp do gniazdka jest niewygodny.

Oczywiście trzeba pamiętać, że baterie są materiałem eksploatacyjnym, więc od czasu do czasu będzie trzeba je wymienić. Nie traktowałabym też małej lampki dekoracyjnej jako podstawowego źródła światła do czytania książki, robienia makijażu czy pracy przy biurku. W takich sytuacjach potrzebuję odpowiedniego, funkcjonalnego oświetlenia. JONNY widzę w zupełnie innej roli: ma być małym świetlnym punktem, który włącza się dla atmosfery. I właśnie dlatego brak kabla jest tutaj tak wygodny. Nie muszę podporządkowywać dekoracji instalacji elektrycznej w mieszkaniu. Jeśli akurat najładniej wygląda na półce, na której nigdy nie przewidziano lampy, po prostu ją tam stawiam.

Wyłącznik czasowy to drobiazg, który jesienią doceniam bardziej, niż się spodziewałam. Nie muszę przed snem robić obchodu mieszkania i szukać ostatniej świecącej lampki

JONNY ma jeszcze jedną funkcję, która odróżnia go od najprostszych dekoracyjnych lampek na baterie – wyłącznik czasowy. To właśnie takie małe udogodnienia sprawiają, że dekoracja przestaje być czymś, o czym muszę ciągle pamiętać. Mogę wykorzystać ją do budowania wieczornego nastroju, a ustawienia timera używać zgodnie z instrukcją producenta. Podoba mi się ten pomysł szczególnie jesienią i zimą, kiedy dodatkowe światła w domu zapalam niemal codziennie. Zamiast świec, przy których trzeba pamiętać o otwartym płomieniu, mam niewielką lampkę na baterie, którą mogę ustawić na komodzie czy parapecie. Cena też jest przyjemna – JONNY kosztuje w Jysk 35 zł za sztukę. Nie jest więc inwestycją porównywalną z zakupem dużej lampy stojącej czy designerskiego oświetlenia, a wizualnie ma naprawdę sporo charakteru. Mleczna biel, obłe kształty i ciepła barwa światła dają dokładnie taki efekt, jakiego szukam, kiedy za oknem zaczyna padać, a wieczór przychodzi zdecydowanie za wcześnie. Gaszę światło z sufitu, włączam kilka mniejszych punktów, wyciągam koc i nagle jesienna szarówka przestaje mi aż tak przeszkadzać. Nie potrzebuję wielkiej metamorfozy salonu – czasami wystarczy mały świetlny grzybek za 35 zł, żeby po zmroku zrobiło się znacznie przytulniej.