Kosmetyczne hity bardzo często rodzą się z poleceń. Jedna koleżanka zachwala nowy krem, druga pokazuje go na Instagramie, a po kilku dniach trudno przejść obok niego obojętnie. Sama wielokrotnie przekonałam się, że nie każda viralowa nowość rzeczywiście spełnia obietnice producenta. Zdarzało się jednak, że zwykła ciekawość kończyła się odkryciem produktu, który zostawał ze mną na dłużej. Tym razem historia zatoczyła koło i zaczęła się od drogiego kosmetyku, a zakończyła na znacznie tańszym odkryciu.

Krem z Sephory zachwycił mnie od pierwszego użycia. Jedyną wadą okazała się wysoka cena

Polecenia koleżanek zwykle traktuję z rezerwą, ale tym razem ciekawość zwyciężyła. O kremie Dr.Jart+ Cicapair słyszałam tyle dobrego, że w końcu postanowiłam sprawdzić, czy naprawdę jest wart swojej ceny. Już po kilku dniach stosowania wiedziałam, skąd bierze się jego popularność. Lekka żelowo-kremowa konsystencja błyskawicznie się wchłaniała, nie zostawiała tłustej ani lepkiej warstwy, a moja skóra przez cały dzień była przyjemnie nawilżona i wyraźnie bardziej ukojona. W składzie znalazły się między innymi wąkrotka azjatycka, alantoina oraz lipopeptydy, czyli składniki znane z właściwości regenerujących i łagodzących. Cera wyglądała zdrowiej, była bardziej miękka i odzyskała naturalny blask.

Zobacz także:

Szczerze mówiąc, przez chwilę myślałam, że znalazłam krem idealny. Zapał ostudziło dopiero kolejne spojrzenie na cenę. W Sephorze za słoiczek trzeba zapłacić 215 zł, dlatego mimo świetnych efektów nie zdecydowałam się na następne opakowanie. Doszłam do wniosku, że przy codziennym stosowaniu byłby to po prostu zbyt duży wydatek. Zaczęłam więc rozglądać się za czymś, co zapewni podobny komfort nawilżenia, ale nie będzie kosztowało fortuny.

fot. sephora.pl

Krem z Action poleciła mi siostra. Już wiem, dlaczego kobiety wykupują go z półek

Wszystko zmieniło się podczas rozmowy z moją siostrą, która pracuje w Action. Powiedziała mi, że od pewnego czasu klientki niemal codziennie pytają właśnie o ten zielony słoiczek i gdy tylko pojawia się na półkach, szybko znika. Początkowo potraktowałam to jak kolejną internetową modę, ale za 10,75 zł postanowiłam zaryzykować. Po kilku dniach używania zrozumiałam, dlaczego ten krem wzbudza tyle emocji.

Skin Bliss Snail All-in-one Cream zawiera filtrat ze śluzu ślimaka oraz niacynamid, czyli składniki znane z działania nawilżającego i wspierającego dobrą kondycję skóry. Producent obiecuje poprawę elastyczności, miękkości i promiennego wyglądu cery. W moim przypadku dokładnie tak było. Skóra zrobiła się aksamitna w dotyku, wyglądała świeżo i jakby bardziej wypoczęta nawet po krótkiej nocy. Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że efekt nawilżenia bardzo przypomniał mi ten, który pamiętałam po znacznie droższym kremie z Sephory. Oczywiście oba kosmetyki mają inne składy aktywne i nie można nazwać ich odpowiednikami jeden do jednego, ale na mojej cerze końcowy rezultat okazał się naprawdę zbliżony.

fot. action.com

Od tamtej pory znacznie częściej sięgam po tani słoiczek z Action niż po luksusowe kosmetyki. Moja siostra tylko się uśmiecha i mówi, że wcale jej to nie dziwi, bo podobne historie słyszy od klientek niemal każdego dnia. Patrząc na to, jak szybko ten krem znika z półek, zaczynam wierzyć, że wieść o jego działaniu rozchodzi się głównie pocztą pantoflową. Teraz sama polecam go koleżankom, które szukają prostego kremu do codziennej pielęgnacji i nie chcą wydawać na niego kilkuset złotych.

Tani hit znalazłam też w Rossmannie. Ta mgiełka zachwyca zapachem. Zobacz: Nie wydaję już fortuny na letnie mgiełki. Ta nowość z Rossmanna kosztuje 11,99 zł i ma klimat Sol de Janeiro

Zauważyłam, że ten krem najlepiej sprawdza się jako ostatni etap wieczornej pielęgnacji, choć często sięgam po niego również rano. Ma lekką konsystencję, dlatego nie obciąża skóry i szybko się wchłania, co bardzo doceniam w zabiegane dni. Nakładam cienką warstwę na oczyszczoną twarz i po chwili mogę przejść do kolejnych kroków albo od razu nałożyć makijaż.