Szczerze? Nie jestem fanką samoopalaczy. Przez lata trafiałam na kosmetyki, które zostawiały smugi, nieprzyjemny zapach albo charakterystyczny pomarańczowy odcień, przez który od razu było widać, że opalenizna nie jest naturalna. Kiedy jednak zobaczyłam w Rossmannie przecenioną piankę Lirene Espresso za 18,99 zł, postanowiłam dać jej szansę. W internecie produkt jest obecnie niedostępny, ale stacjonarnie wciąż można upolować go w promocji. Po pierwszym użyciu byłam naprawdę zaskoczona. Nogi wyglądały tak, jakbym właśnie wróciła z tygodniowego urlopu nad morzem, a efekt był równomierny, naturalny i bez najmniejszych smug.

Zwykle bałam się samoopalaczy. Ta pianka całkowicie zmieniła moje zdanie

Przyznaję, że przed każdym ważniejszym wyjściem zastanawiałam się, czy odsłonić nogi. Jasna skóra nie zawsze wygląda tak świeżo, jak bym chciała, ale wizja eksperymentowania z kolejnym samoopalaczem skutecznie mnie odstraszała. Miałam za sobą kilka nieudanych prób. Raz skończyło się pomarańczowymi kolanami, innym razem smugami na łydkach, których nie dało się już niczym uratować. Dlatego do pianki Lirene Espresso podeszłam z dużą rezerwą. Skusiła mnie przede wszystkim cena oraz informacje producenta o naturalnym efekcie bez plam i smug. Dodatkowym plusem okazała się lekka piankowa konsystencja, która rozprowadza się znacznie łatwiej niż klasyczne balsamy brązujące.

Zobacz także:

Już podczas aplikacji zauważyłam, że kosmetyk z Rossmanna nie spływa i nie tworzy zacieków. Wystarczyło kilka minut, żeby dokładnie pokryć całe nogi, a skóra pozostała przyjemnie miękka i nie kleiła się tak mocno, jak po wielu innych produktach tego typu. Producent deklaruje, że efekt pojawia się już po około godzinie. W moim przypadku pierwsze przyciemnienie rzeczywiście było widoczne bardzo szybko, a kolor rozwijał się stopniowo, dzięki czemu wyglądał znacznie bardziej naturalnie niż po tradycyjnych samoopalaczach.

fot. mat. własne Story.pl

Efekt przypomina opaleniznę z wakacji. Nikt nie zgadł, że to zasługa kosmetyku

Największym zaskoczeniem był dla mnie kolor. Nie pojawiły się żadne pomarańczowe tony ani nienaturalne przebarwienia. Skóra nabrała ciepłego, złocistobrązowego odcienia, który wyglądał tak, jak po kilku dniach spędzonych na plaży. To właśnie ten naturalny efekt sprawił, że zaczęłam częściej sięgać po krótkie sukienki i spódnice. Nawet przy sztucznym świetle nogi prezentowały się zdrowo i promiennie. Kilka koleżanek zapytało mnie nawet, kiedy zdążyłam się opalić. Pianka brązująca Lirene Espresso została wzbogacona o organiczną wodę kokosową oraz ekstrakt z acai, które mają wspierać pielęgnację skóry podczas brązowienia. Dzięki temu po aplikacji nie miałam uczucia przesuszenia, które często pojawia się po kosmetykach samoopalających.

Szukasz urodowych polecajek? To też może wpaść ci w oko: Już nie przepłacam w Sephorze. Ten sam tusz luksusowej marki kupuję o stokroć taniej w Rossmannie. Rzęsy do nieba

Ogromnym plusem okazał się również brak smug. Oczywiście, jak przy każdym kosmetyku brązującym, warto wcześniej wykonać peeling i nałożyć cienką warstwę na suche miejsca, takie jak kolana, kostki czy łokcie. Dzięki temu efekt jest jeszcze bardziej równomierny. Podoba mi się także to, że intensywność opalenizny można stopniowo budować. Jedna aplikacja daje delikatny efekt, a kolejne pozwalają uzyskać głębszy odcień bez ryzyka sztucznego wyglądu.

Online już go nie znalazłam. W sklepach Rossmanna nadal można trafić na promocję

Kiedy chciałam dokupić kolejne opakowanie, zauważyłam, że na stronie Rossmanna produkt jest obecnie oznaczony jako niedostępny online. Nie oznacza to jednak, że całkowicie zniknął ze sprzedaży. Podczas wizyty w sklepie stacjonarnym bez problemu znalazłam go na półce promocyjnej. Kosmetyk kosztuje teraz 18,99 zł, co przy wydajności pianki uważam za naprawdę dobrą cenę. Jedno opakowanie wystarcza na wiele aplikacji, zwłaszcza jeśli używam go głównie na nogi i ręce.

Zauważyłam też, że wiele osób kupuje go właśnie pod koniec lata. Naturalna opalenizna powoli zaczyna znikać, a dzięki takim kosmetykom można jeszcze przez kilka tygodni cieszyć się zdrowym kolorytem skóry bez konieczności wystawiania jej na słońce. Piankowa formuła jest wygodna także dla osób, które wcześniej nie miały doświadczenia z samoopalaczami. Łatwo kontrolować ilość produktu i równomiernie go rozprowadzić, co znacząco zmniejsza ryzyko powstawania smug.

To jeden z niewielu kosmetyków, do których naprawdę wrócę. Za niecałe 19 zł trudno o lepszy efekt

Rzadko zdarza mi się kupować ten sam kosmetyk dwa razy, ale w przypadku pianki Lirene Espresso zrobię wyjątek. Za mniej niż 20 zł otrzymałam efekt, którego wcześniej bezskutecznie szukałam w znacznie droższych produktach. Najbardziej cenię to, że opalenizna wygląda naturalnie i nie zdradza, że została uzyskana przy pomocy kosmetyku. Nie muszę martwić się o pomarańczowe dłonie, nierówne plamy czy charakterystyczne smugi na kostkach.

Jeśli planujesz jeszcze wykorzystać ostatnie tygodnie lata na noszenie sukienek, szortów czy sandałów, warto rozejrzeć się za tą pianką podczas wizyty w Rossmannie. Choć obecnie nie kupisz jej przez internet, w sklepach stacjonarnych nadal można znaleźć ją w promocyjnej cenie. To jeden z tych kosmetyków, które potrafią w kilka chwil dodać skórze zdrowego blasku i sprawić, że wygląda, jak po udanym urlopie nad morzem – bez godzin spędzonych na słońcu i bez niechcianych smug.