Każdy z nas choć raz oddał książkę do biblioteki po terminie i liczył na wyrozumiałość bibliotekarki. Ta historia bije jednak wszystkie rekordy. Zabytkowy egzemplarz przeleżał ukryty w starym kominku przez około 150 lat, a kiedy w końcu wrócił do biblioteki, pracownicy z ciekawości obliczyli wysokość kary. Kwota okazała się tak wysoka, że wystarczyłaby na naprawdę luksusowe wakacje.
Zwykły remont zamienił się w niezwykłe odkrycie. W zabitym deskami kominku czekała prawdziwa kapsuła czasu
Niektóre rodzinne pamiątki przez lata leżą zapomniane na strychach, w piwnicach albo starych szafach w domach nie tylko w Europie. Rzadko jednak zdarza się, by ktoś znalazł je w miejscu, którego nikt nie otwierał od pokoleń. Tak właśnie było w Australii, gdzie podczas porządkowania rodzinnych rzeczy odkryto skrzynkę ukrytą w zabitym deskami kominku. W środku znajdowały się stare książki oraz inne pamiątki należące do przodków właściciela domu. Samo znalezisko było interesujące, ale prawdziwa niespodzianka czekała dopiero po dokładniejszym obejrzeniu jednego z egzemplarzy.
Zobacz także:
Na wewnętrznej stronie okładki widniała pieczątka biblioteki z nadmorskiej miejscowości Kiama, położonej około 120 kilometrów na południe od Sydney. Okazało się, że książka zatytułowana „Zabytki Aten” została wypożyczona jeszcze w XIX wieku i… nigdy nie wróciła na biblioteczną półkę. Co ciekawe, mimo upływu około 150 lat książka zachowała się w zaskakująco dobrym stanie. Była lekko zawilgocona, jednak płócienna oprawa i większość stron przetrwały próbę czasu. To sprawiło, że znalezisko wzbudziło ogromne zainteresowanie zarówno bibliotekarzy, jak i mieszkańców okolicy.
fot. Adobe Stock | Eugeniusz
Wszystko wskazuje na jednego człowieka. Historia prowadzi do kamieniarskiego czeladnika z XIX wieku
Obecny właściciel rodzinnych pamiątek, 77-letni Ross Simmons, postanowił odtworzyć historię tajemniczego egzemplarza. Według jego przypuszczeń książkę mógł wypożyczyć jego dziadek, John Simmons. Mężczyzna był kamieniarskim czeladnikiem pracującym początkowo w londyńskiej gminie Westminster. W połowie XIX wieku wyemigrował do Australii, gdzie najpierw mieszkał w okolicach Sydney, a później przeniósł się do miejscowości Kiama. Tam nadzorował budowę kościoła i prawdopodobnie korzystał z lokalnej biblioteki.
Jeśli interesują cię najświeższe informacje, to także warto sprawdzić: Byli prezydenci dostaną podwyżki emerytur. Lech Wałęsa zabrał głos: "(...) mam trochę duży dom, to dla mnie jest to za mało"
Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada, że książka trafiła do rodzinnego domu właśnie wtedy. Z nieznanych powodów nigdy nie została oddana, a później razem z innymi pamiątkami znalazła się w skrzynce schowanej w kominku. Przez kolejne pokolenia nikt nawet nie wiedział o jej istnieniu. Dopiero około trzydziestu lat temu podczas remontu odnaleziono skrzynkę, jednak jej zawartość przez długi czas pozostawała nieprzejrzana. Dopiero teraz Ross Simmons dokładnie obejrzał książki i odkrył ich niezwykłą historię. To pokazuje, jak wiele rodzinnych tajemnic potrafią skrywać stare domy. Czasem jedno przypadkowe znalezisko pozwala odtworzyć wydarzenia sprzed ponad wieku.
Regulamin biblioteki był bezlitosny. Wyliczona kara robi ogromne wrażenie
Największe emocje wzbudziło jednak nie samo odnalezienie książki, ale zapis znajdujący się na jej wewnętrznej okładce. Oprócz bibliotecznej pieczęci zachował się także oryginalny regulamin wypożyczeń z XIX wieku. Wynikało z niego, że czytelnik mógł jednocześnie wypożyczyć tylko jedną książkę. Wyjątek robiono jedynie dla rodzin, w których co najmniej sześć osób potrafiło czytać. W takim przypadku limit zwiększano do trzech egzemplarzy.
Jeszcze ciekawsze były zasady dotyczące przetrzymania książek. Za każdy dzień zwłoki naliczano opłatę wynoszącą trzy pensy. Bibliotekarze postanowili potraktować sprawę z przymrużeniem oka i obliczyli, ile wyniosłaby kara po około 150 latach. Z prostego przeliczenia historycznych stawek wyszło 97 dolarów australijskich, jednak po uwzględnieniu inflacji wartość ta wzrosła do około 28 tysięcy dolarów australijskich, czyli ponad 73 tysiące złotych. To kwota, za którą można kupić nowy samochód, urządzić remont mieszkania albo wybrać się na egzotyczne wakacje dla całej rodziny. Na szczęście biblioteka nie zamierzała wystawiać rachunku potomkom dawnego czytelnika. Pracownicy postanowili symbolicznie umorzyć karę i z radością przyjęli odzyskany egzemplarz do swoich zbiorów.
Dziś książka znów stoi na bibliotecznej półce. Stała się jedną z największych atrakcji placówki
Powrót niezwykłego woluminu szybko stał się lokalną sensacją. Mieszkańcy oraz turyści zaczęli odwiedzać bibliotekę tylko po to, by zobaczyć książkę, która przez półtora wieku pozostawała zaginiona. Dyrektorka biblioteki przyznała, że zainteresowanie przerosło wszelkie oczekiwania. Wiele osób specjalnie przyjeżdża z innych miejscowości, aby obejrzeć historyczny egzemplarz i poznać jego niezwykłe losy.
To zresztą nie tylko ciekawostka dla miłośników książek. Historia pokazuje również, jak ogromne znaczenie miały biblioteki już w XIX wieku. Placówka w Kiamie powstała dzięki wsparciu władz miasta, które przeznaczyły środki na zakup około tysiąca książek. Odnaleziony egzemplarz nosił numer 506, co oznacza, że należał do pierwszych zbiorów biblioteki. Choć kara za przetrzymanie książki przez 150 lat pozostanie jedynie zabawnym wyliczeniem, sama historia ma wyjątkowo szczęśliwe zakończenie. Zaginiony wolumin wrócił tam, gdzie jego miejsce, a zamiast rachunku właściciel rodzinnej pamiątki usłyszał podziękowania za zwrot. To jedna z tych opowieści, które przypominają, że nawet po wielu dekadach zagubione przedmioty potrafią odnaleźć drogę do domu.

Obserwuj nas na Google







