Jesienią kuchnia po udanym grzybobraniu wygląda u mnie podobnie. Na stole lądują borowiki i podgrzybki, a ja już podczas czyszczenia zastanawiam się, ile wykorzystam od razu, a ile zachowam na zimę. Suszone grzyby są dla mnie szczególnie cenne przed świętami, bo wystarczy otworzyć słoik, żeby mieć bazę do sosu, zupy czy farszu. Problem zaczyna się wtedy, gdy nie mam suszarki, a perspektywa wielogodzinnej pracy piekarnika zupełnie mnie nie przekonuje. Wtedy przypominam sobie rozwiązanie, które kiedyś było czymś zupełnie zwyczajnym.

Babcia robiła z grzybów całe korale i rozwieszała je w cieple. Dzisiaj ten stary sposób znów ma dla mnie sens

Pamiętam te grzybowe sznury z dzieciństwa. Wyglądały trochę jak jesienne korale, tylko zamiast paciorków wisiały na nich kawałki podgrzybków. Babcia nie potrzebowała do tego żadnego specjalnego sprzętu. Pokrojone grzyby nawlekała na nitkę i rozwieszała w ciepłym miejscu. Nitka jest jednym z najprostszych sposobów na suszenie grzybów bez elektrycznej suszarki. Najważniejszy jest drobny szczegół. Poszczególne kawałki nie powinny się ze sobą stykać. Rozmieszczam je więc na nitce z odstępami, żeby powietrze miało do nich dostęp. Gotowy sznur zawieszam w ciepłym miejscu, na przykład w pobliżu kaloryfera. Grzyby schną stopniowo, a czas całego procesu zależy między innymi od temperatury oraz wilgotności w pomieszczeniu. Nie nastawiam więc zegarka na konkretną godzinę. Zaglądam do nich i regularnie sprawdzam ich stan.

Zobacz także:

Ten patent lubię przede wszystkim za prostotę. Nie kupuję urządzenia, które później przez większość roku zajmuje miejsce w szafce. Nie zajmuję też piekarnika na wiele godzin. Suszenie grzybów w piekarniku może trwać około ośmiu godzin i wiąże się ze zużyciem energii. Nie da się jednak uczciwie obiecać konkretnej kwoty oszczędności, bo zależy ona od piekarnika, sposobu ogrzewania domu i warunków suszenia.

fot. Adobe Stock | meegi

Nitka to niejedyna możliwość, bo wykorzystuję również ciepły kaloryfer. Suszenie grzybów wymaga kontroli

Jest jeszcze drugi wariant babcinego sposobu. Grzyby można suszyć bezpośrednio przy kaloryferze. Na grzejniku układa się papier do pieczenia z wykonanymi wcześniej otworami, które poprawiają przepływ powietrza. Na nim rozkłada się grzyby. Innym rozwiązaniem są patyczki do szaszłyków, na które można je nawlec. Nie traktuję jednak grzejnika jak patelni, którą trzeba rozgrzać najmocniej jak się da. W źródle zaznaczono, że podczas takiego suszenia temperatura nie powinna przekraczać 50 stopni Celsjusza. Ma to pomóc zachować walory smakowe grzybów.

Mamy więcej informacji o grzybobraniu. To również może cię zainteresować: Te grzyby wyglądają jak galaretka, ale czy można je jeść? Mówią na nie „leśne żelki”

Najbardziej przekonuje mnie jednak wersja z nitką. Kawałki są rozdzielone, powietrze dociera do nich z różnych stron, a ja łatwo kontroluję ich stan. Do tego sam widok takich grzybowych sznurów natychmiast przypomina mi kuchnię babci. Kiedyś był to po prostu praktyczny sposób na zabezpieczenie części jesiennych zbiorów. Dziś, gdy mamy do wyboru piekarniki i elektryczne suszarki, ta metoda zaskakująco dobrze broni się prostotą. Nie oczekuję przy tym, że wszystko będzie gotowe w kilka godzin. Suszenie przy wykorzystaniu ciepła w pomieszczeniu trwa w swoim tempie. Dużo zależy od wilgotności i temperatury. Zaglądam więc do grzybów regularnie, zamiast chować je gdzieś wysoko i przypominać sobie o nich po kilku dniach.

Borowiki i podgrzybki dobrze nadają się do takiego suszenia. Ze świeżymi zbiorami nie czekam do następnego dnia

Nie każdy grzyb zachowuje się podczas suszenia tak samo. Szczególnie dobrze nadają się do tego wyrośnięte okazy z suchymi kapeluszami, między innymi borowiki, podgrzybki oraz koźlarze. Suszenie najlepiej rozpocząć możliwie szybko po powrocie z grzybobrania. To akurat zasada, której pilnuję bardzo konsekwentnie. Pełny koszyk wygląda pięknie podczas powrotu z lasu, ale później nie zostawiam go do następnego wieczora. Segreguję zbiory i od razu wybieram okazy przeznaczone do suszenia. Nie każdy grzyb nadaje się do takiego suszenia, dotyczy to między innymi rydzów, kani i kurek, wskazując, że po wysuszeniu mogą tracić swoje walory smakowe. Można je zamarynować albo zrobić z nich sos. 

Niezależnie od sposobu przechowywania obowiązuje u mnie jeszcze jedna zasada. Do kuchni zabieram wyłącznie grzyby, które potrafię bezpiecznie rozpoznać. Suszenie nie sprawia, że niebezpieczny grzyb staje się jadalny, dlatego żadnego niepewnego okazu nie nawlekam na nitkę.

Dobrze wysuszony grzyb nie powinien od razu rozsypywać się w palcach. Po wysuszeniu trafia u mnie do szczelnego pojemnika

Skąd wiem, że pora zdjąć grzybowe korale? Prawidłowo wysuszone grzyby pozostają lekko elastyczne, ale łamią się przy mocniejszym wygięciu. Gdy kruszą się natychmiast przy dotknięciu, mogły schnąć zbyt długo. Wskazówką pozostaje również charakterystyczny, intensywny aromat. Na tym cały proces się jednak nie kończy. Wilgoć jest wrogiem suszonych zapasów, dlatego gotowych grzybów nie zostawiam na otwartej półce. Przekładam je do szczelnie zamykanego pojemnika i trzymam w chłodnym, ciemnym miejscu. Odpowiednio wysuszone i właściwie przechowywane grzyby mogą zachować się nawet przez dwa lub trzy lata. Szczelne opakowanie chroni je przed ponownym zawilgoceniem oraz szkodnikami.

Właśnie za to lubię stare kuchenne sposoby. Nie każdy wymaga powrotu do dawnych czasów i rezygnacji z wygody. Czasami wystarczy wykorzystać rozwiązanie, które nadal jest praktyczne. Nitka, grzyby i odpowiednio ciepłe miejsce brzmią wręcz banalnie, a jednak pozwalają obejść się bez kolejnego urządzenia w kuchennej szafce. I chyba najbardziej podoba mi się moment, kiedy zimą otwieram taki słoik. Wtedy te wszystkie jesienne spacery po lesie, czyszczenie grzybów i babcine korale z nitki nagle mają bardzo konkretny sens.