Mam słabość do zapachów, które mają swoją historię. Współczesne perfumy potrafią być piękne, ale wiele z nich pachnie dość podobnie. Tymczasem dawne kompozycje mają zupełnie inny charakter. Są bardziej wyraziste, niekiedy pudrowe, mydlane i kwiatowe. Kojarzą mi się z eleganckimi toaletkami, szykownymi sukienkami i kobietami, które nie wychodziły z domu bez kropli ulubionych perfum.
Dawne perfumy mają w sobie coś wyjątkowego. Niektóre zapachy przetrwały niemal cały wiek
Kiedy zobaczyłam cenę 67,79 zł za 50 ml wody toaletowej Coty L'Aimant w Hebe, aż przecierałam oczy. Spodziewałam się, że kompozycja z tak długą historią będzie kosztować znacznie więcej. Tym bardziej że nie jest to współczesny zapach inspirowany dawną recepturą, ale klasyk, którego początki sięgają 1927 roku. Właśnie wtedy Vincent Roubert stworzył L'Aimant, zapach utrzymany w eleganckim, kwiatowo-aldehydowym stylu. To czasy, kiedy perfumy miały podkreślać szyk i kobiecość, a ich kompozycje często były zdecydowanie bardziej złożone niż dzisiejsze lekkie mgiełki.
Zobacz także:
fot: hebe.pl
L'Aimant bywa porównywany do słynnych Chanel No. 5. Oba zapachy należą do podobnej rodziny, jednak nie są identyczne. Coty ma własny charakter, który wiele miłośniczek klasycznych perfum opisuje jako łagodniejszy, bardziej kremowy i przystępny.
Nic dziwnego, że takie aromaty budzą sentyment. Przypominają dawne perfumerie, eleganckie kosmetyczki i czasy, kiedy jeden ulubiony flakon towarzyszył kobiecie przez lata.
Coty L'Aimant pachną jak elegancja w starym stylu. Kwiaty, wanilia i kremowa miękkość robią swoje
Najbardziej zaskoczyło mnie to, że L'Aimant nie pachną ciężko ani dusząco, choć ich rodowód mógłby to sugerować. Początek jest wyrazisty, lekko mydlany i świeży. Odpowiadają za to aldehydy, którym towarzyszą neroli, brzoskwinia oraz bergamotka.
Po chwili do głosu dochodzą kwiaty. Róża, jaśmin, orchidea, geranium i ylang-ylang tworzą ciepły, kobiecy bukiet. Nie przypomina on jednak świeżo zerwanych kwiatów w wazonie. Jest bardziej kremowy, miękki i odrobinę pudrowy.
Najprzyjemniejsza jest dla mnie baza. Wanilia, piżmo, fasolka tonka i drzewo sandałowe otulają skórę subtelną słodyczą. Całość dopełniają wetiweria i cedr.
Co ciekawe, w opiniach o L'Aimant regularnie pojawia się porównanie do kultowego kremu Nivea. Niektóre kobiety wyczuwają również delikatną truskawkową słodycz, choć nie jest ona wymieniana w oficjalnej piramidzie zapachowej. To naprawdę ciekawe skojarzenia.
Pozytywnie zaskoczył mnie też ten produkt: Kupiłam w Rossmannie na próbę, a teraz to mój najlepszy tusz. Zagęszcza rzadkie rzęsy i wydłuża je do nieba
Kiedy nosić perfumy Coty L'Aimant? Ten klasyczny aromat pasuje nie tylko do eleganckich okazji
Początkowo wyobrażałam sobie L'Aimant raczej na wieczorne wyjścia, do eleganckiej sukienki czy klasycznego płaszcza. Szybko jednak doszłam do wniosku, że równie dobrze pasują do zwykłego dnia. Nie potrzebują specjalnej okazji.
Szczególnie lubię takie kremowo-kwiatowe kompozycje w chłodniejsze miesiące. Ich miękki charakter pięknie współgra z ciepłymi swetrami, szalami i wełnianymi płaszczami. Nie są przesadnie słodkie, więc nie męczą mnie tak jak niektóre współczesne perfumy.
Trzeba jednak pamiętać, że aldehydowe aromaty mają swoich zwolenników i przeciwników. Osobom przyzwyczajonym do lekkich, owocowych zapachów mogą początkowo wydawać się staroświeckie. Również trwałość bywa oceniana różnie. Jedne użytkowniczki chwalą ją za wiele godzin wyczuwalnego zapachu, inne narzekają, że aromat znika zbyt szybko.
Ja najbardziej cenię w L'Aimant ten niepowtarzalny klimat dawnych perfumerii. Za kilkadziesiąt złotych można poznać kawałek historii perfumiarstwa i przekonać się, jak pachniała elegancja sprzed dekad.

Obserwuj nas na Google







